poniedziałek, 30 września 2013

Przetworowo :)

     Nie wiem jak inni, ale JA uwielbiam przygotowywać przetwory na zimę! Zaprawy to jest to, co daje mi dużo przyjemności w przygotowywaniu ich, a jeszcze więcej dają mi radości, jak moja rodzina zajada się ze smakiem nimi!! Ach... Z roku na rok robię coraz więcej przetworów z owoców i warzyw, ale i nie tylko ;) Z czasem wszystko postaram się opisać. 

     Ciągle nie posiadam własnego ogrodu, więc korzystam z warzyw od rodziców, teściów, jakiejś cioci czy sąsiadki, ale i kupuję warzywa czy owoce na przetwory. Ale kupować staram się jak najmniej. Muszę się pochwalić, że od 3 lat prawie papryki kupować nie muszę. A to dlatego, że sami sadzimy paprykę w ogrodzie u moich rodziców. Cała nasza przygoda z sadzeniem papryki zaczęła się kilka lat temu. Z mężem lubiliśmy kiedyś suszyć przeróżne nasionka i trzymaliśmy je w ozdobnych buteleczkach w kuchni. I tak raz suszyłam na parapecie nasionka papryki, a Ksawek będąc dużo, dużo mniejszy dostał się do tych nasion podczas mamy nieuwagi i wrzucił mi je wszystkie do doniczki w której rósł kaktus. Oczywiście był na tyle mądry, żeby mama nasionek za szybko nie wyjęła, to powgniatał te nasionka w ziemię. Oj nie powiem, żebym wtedy była zadowolona! Oj nie! Starałam się powyciągać wszystkie nasionka, ale mi się to nie udało. I kilka zostało w ziemi. Po jakimś czasie nasionka zaczęły kiełkować w tej doniczce razem z kaktusem. Gdy roślinki były już trochę większe postanowiłam przesadzić ze 2-3 roślinki do osobnej doniczki i zobaczyć czy w ogóle uda się wyhodować  paprykę? Udało się! Roślinki urosły na wysokość 30 cm w doniczkach i miały małe swoje owoce - małe papryki:) Ależ byłam szczęśliwa! Więc rok później już sama posiałam w doniczce nasionka aby wyrosły i postanowiłam później wsadzić u rodziców w ogrodzie. Moja mama była bardzo ciekawa co z tego będzie?! Papryka ładnie rosła, miała kwiatki, później owoce które aż cieszyły oko! Kiedy jesienią zrywałyśmy papryki w mamy ogródku sąsiedzi byli w szoku, że tyyyyle  mamy swojej papryki. Nie wspomnę w cale o tym, że rok później już kilkoro sąsiadów moich rodziców też próbowało sadzić paprykę i byli zadowoleni, że im też urosła:) I w sumie tak dzięki Ksaweremu sieję już tak pod koniec stycznia nasionka papryki w doniczkach i trzymam je w domku, później trochę rozsadzam, dalej są w domku, a w maju - po przymrozkach czyli jak to mówią po Zośce sadzimy flance papryki do ogrodu. Przeogromna radość jest z własnych warzyw:)
  
     W tym roku zrobiłam ogóreczki według nowego przepisu i jestem ciekawa jak będą smakowały. Wynalazłam przepis w jednej gazecie. 
OGÓRKI NA OSTRO
składniki na ok 3 słoiki 0,5l

1 kg ogórków
4 twarde pomidory
3 listki laurowe
po kilka ziaren pieprzu i ziela angielskiego
suche nasiona kopru
3/4 l wody
2 łyżki cukru
łyżeczka soli
50 ml octu 10% lub łyżeczka kwasku cytrynowego
3 małe ostre papryczki

   Ogórki umyj, obierz, pokrój w grube talarki. Pomidory umyj, pokrój w ćwiartki, usuń stwardniałe kawałki.  Delikatnie wymieszaj ogórki i pomidory. Na dno każdego słoika włóż po listku laurowym, kilka ziaren pieprzu i ziela oraz trochę nasion kopru. Napełnij je luźno mieszanką warzyw. Wodę zagotuj z cukrem, solą i octem. Gorącą zalewą zalej słoiki. Na wierzch każdego słoiczka włóż papryczkę. Słoiki zamknij, pasteryzuj 20 min. Smacznego:)

A tutaj moje fotki jak robiłam te właśnie ogórki.



Jak widać, ja dodałam zamrożoną paprykę ostrą, bo taką akurat miałam. 


Wyglądają apetycznie.




     Poza tą nowością, znaczy nowością dla mnie, to robiłam w tym roku jeszcze po raz pierwszy ogórki na zupę ogórkową. Co roku robiłam po prostu ogórki kiszone i potem jak miałam ochotę na zupę ogórkową, to tarłam ogórki i już. A w tym roku moja mama postanowiła wypróbować metodę potartych ogórków na zupę, to i ja chciałam to zrobić. Ogóreczki oczywiście od mojej mamy z ogrodu. 

     I tak pokrótce opiszę jak je zrobiłam. 
OGÓRKI NA ZUPĘ OGÓRKOWĄ

ogórki (tyle ile chcesz lub ile masz)
nać kopru
nać chrzanu lub korzeń ( jak kto woli lub kto ma do czego dostęp)
czosnek
sól

   Ogórki umyj, potrzyj na tarcze o dużych oczkach - tak ja do zupy ogórkowej. Potarte ogórki wrzuć do miski i wszystko dosyć mocno trzeba zasolić. Wymieszać to razem, a następnie powkładać do słoików. Na samą górę powkładać po 1 dużym lub 2 mniejszych ząbkach czosnku, trochę kopru i chrzanu. Słoiki zakręcić i odstawić w ciepłe miejsce na kilka dni. A już po kilku dniach słoiki zanosimy do piwnicy. 

A tu oto te ogórki w moim wykonaniu.




     Powiem Wam, że w połowie września byłam u rodziców i mama miała w ogrodzie jeszcze ostatnie ogórki - takie pożółkłe, niektóre jeszcze zielone. Mój mężu pozrywał wszystkie ogóreczki, a ja nie wiedząc na początku, co też mam z nimi zrobić, w końcu stwierdziłam, że właśnie zrobię z nich potarte ogórki na zupkę. Wyszło mi 5 słoików litrowych. A ogórki się nie zmarnowały! 

     Tu focia z moimi wszystkimi zaprawami - do tej pory, bo jeszcze dojdą do tego buraczki i kapusta kiszona.


piątek, 27 września 2013

Zakup własnego domku!!!!!!!!!!

      Od początku tego roku z mężem przeglądaliśmy oferty domów. Uwierzcie - masakra! Domów wybór przeogromny: mniejsze, większe, wykończone i nie wykończone, w stanie surowym, na wielkiej działce, na małej działce, z garażem lub bez, z budynkiem gospodarczym lub bez, ach.... A najgorsze w tym wszystkim są CENY! Byliśmy oglądać w sumie kilkanaście domków. I jakoś w maju ten Jeden przypadł nam do gustu. To był jedyny domek, który podczas rodzinnego oglądania każdy z nas miał swoją wizję co do któregoś pokoju czy części ogrodu:) Ale w drodze powrotnej mieliśmy sobie do opowiedzenia tych naszych wizji! Później nastąpiła poważna rozmowa - czy decydujemy się właśnie na TEN dom? Podjęliśmy decyzję, że TAK.

     Więc zaczęliśmy starania o kredyt. I tu kolejna masakra! W tv i radiu słychać, jak to łatwo, szybko i przyjemnie można dostać kredyt! Akurat!!! Zaczęliśmy składanie papierów, papierków i jeszcze więcej papierków. I co chwilę coś bankowi nie pasowało. Po kilkumiesięcznej przepychance pomiędzy bankiem - naszym doradcą - no i nami  w końcu doszliśmy w tym m-cu do porozumienia. I umowa dotarła do nas - już połowa sukcesu. Dziś zaliczyliśmy notariusza - hura! No i od notariusza papiery poszły do banku, więc za kilka dni pieniążki będą u pani, potem ona się wyprowadzi, a my się przeprowadzimy w końcu do naszego domku!!! Uwierzcie mi - że NAPRAWDĘ SIĘ CIESZĘ JAK MAŁE DZIECKO I DOCZEKAĆ SIĘ NIE MOGĘ TEJ PRZEPROWADZKI. Choć na ten dzień to pewnie z m-ąc poczekam. Bo tak się umówiliśmy z tą panią. A ja mam od powrotu do domku taką energię, że najchętniej bym od razu zaczęła nas pakować!

     A! Bym zapomniała. Jak u notariusza liczyłam pieniążki do zapłaty, to Patryk tak się przyglądał i powiedział: A CZEMU MAMO CHCESZ DAĆ TEJ PANI TYYYYLE PIENIĄŻKÓW? To odpowiedziałam, że MUSIMY ZAPŁACIĆ  ZA TE PAPIERY CO NAM PRZYGOTOWAŁA I POTEM DOMEK BĘDZIE NASZ. A synio mi na to, że: TO NIE DAWAJ JEJ TYCH PIENIĄŻKÓW, ZABIERZ I NAM COŚ KUP, A MIESZKAĆ BĘDZIEMY TAM GDZIE MIESZKAMY :) :) :)

                                                           A tu moi dwaj synkowie:)


czwartek, 26 września 2013

Mądrości Ksawka :)

     Wczoraj byliśmy całą rodzinką na gościnie u mojego rodzeństwa. Kiedy wracaliśmy było ok 21.00 i chłopcy byli już zmęczeni no i trochę śpiący. Patryk w połowie drogi zasnął. Spojrzałam w kierunku Ksawka, ale ten wytrwały siedział i widząc, że mama go sprawdza uśmiechnął się i powiedział: MO JA NIE ŚPIĘ, ZA TO PATRYK ODPADŁ Z GRY! Ale mnie i męża rozbawił tym tekstem. Ale później walnął jeszcze innym tekściorem. Jak już pod domem wysiadaliśmy, Ksawek sam szedł, a tato miał zabrać śpiącego Patrysia. Ksawek wychodząc z auta powiedział do taty: TATO TY ZABIERZ ŚPIĄCEGO GAME OVER A MAMA ZAMKNIE AUTO:) Ja nie wiem skąd on czerpie te tekściki:) 

wtorek, 24 września 2013

Testowany makaron.

    Całkiem niedawno zarejestrowałam się na stronie www.samplecity.pl i udało mi się załapać na testowanie makaronu Bartolini.
    

Otrzymałam 2 opakowania Makaronu Bartolini Durum.Dokładnie były to świderki nr4 i świderki nr4 smakowe. Szkoda, że opakowania miały po tylko 400g. 


Tak wyglądał ten makaron, drugi wyglądał tak samo, tylko miał jeszcze smakowe makaroniki: zielony z dodatkiem szpinaku i czerwony z dodatkiem pomidora suszonego.




 Ale w sumie to i tak było co z tym makaronem zrobić. Owe Świderki są dosyć duże, więc stwierdziłam, że przy moich dzieciach nie za bardzo pasuje ten makaron do zupy. Ponieważ bałam się, ze podczas gotowania jeszcze owe świderki zrobią się jeszcze większe, więc potem chyba tylko po 4 świderki wkładałabym do talerza i zalewała zupą:) A to by nie miało sensu. Więc postanowiłam zrobić sałatkę. Makaron ugotowałam według przepisu na opakowaniu i chciałam zobaczyć czy faktycznie nie trzeba go hartować czy aby potem nie zacznie się sklejać. Ale nie sklejał się. Więc jak ostygł to wrzuciłam go do miski, ( najpierw smakując sam makaron) razem z pociętymi: papryką, cebulą, szynką, ogórkiem kiszonym i wymieszałam z sosem majonezowo-ketchupowym. Wszystko wymieszałam dodatkowo trochę soląc i posypując pieprzem, no i zaczęłam z rodzinką delektowanie się. Sam makaron był cały czas w jednym kawałku, nic się nie rozwalał. Smacznie się go jadło, nawet mojemu mężowi ten makaron przypadł do gustu, choć on za makaronami nie przepada. Śmieje się ze mnie zawsze, że rozgotowuję makarony, a ten mu smakował, bo czuć było lekką twardość makaronu. Nawet fakt, ze świderki były dosyć duże spodobało się dzieciom - ku mojemu zaskoczeniu. Bo myślałam, ze nie dadzą rady jeść takich wielkich świderków, ale było wręcz odwrotnie. Mieli ubaw, że wkładając sobie jednego świderka do buźki mają pełno:) I jeszcze jedna duża uwaga - już parokrotnie kupowałam różne makarony kolorowe - czyli te z dodatkami suszonych pomidorów czy szpinaku i moi chłopcy ZAWSZE wybierali je z talerza, zjadając tylko te jasne makaroniki. Tym razem normalnie była walka, kto pierwszy zje zielone makaroniki, potem czerwone, na koniec już spokojnie zjadali jasne makaroniki. Więc mamy przełom - w końcu moi synkowie zaczęli jadać kolorowy makaron:) Hura! 


Ogólnie firma Bartolini  tutaj ich link do stronki http://bartolini.com.pl/ ma dosyć bogaty wybór w makaronach. A więc do wyboru, do koloru i jest wielkie pole do popisu z tymi makaronami. Jednak co mnie osobiście dziwi, to fakt, że tego makaronu nie spotkałam w sklepach ( Carrefour, Tesco, Biedronka, Lidl czy mój osiedlowy sklep). Owszem, nie obeszłam jeszcze wszystkich sklepów, no i mieszkam w nie za dużej miejscowości, jednak jak jadę do większego miasteczka i obchodzę sklepy to też tego makaronu nie widzę. Za to jak ktoś go znajdzie u siebie w sklepie, to warto go kupić choćby dla faktu wypróbowania go:) Moim zdanie warto:):)

poniedziałek, 23 września 2013

Zapominalskość.

      Mój pierworodny synek - Ksawery, od 2 września rozpoczął naukę w I klasie szkoły podstawowej. Wiedziałam, że ten dzień w końcu nadejdzie. Lecz naprawdę myślałam, że będzie to nieco później. A to dlatego, że od czasów moich początków w szkole się pozmieniało troszkę i teraz 5-latki idą do zerówki, a 6-latki do I klasy. Z moim synkiem mogłam jeszcze sama zadecydować, czy pójdzie do tej I klasy jako 6-latek czy jako 7-latek. Jednak synek za bardzo nie pozostawił rodzicom wyboru, bo pod koniec zerówki głośno wyrażał swoje zdanie i mówił, że on nie będzie chodził drugi rok do zerówki, bo on chce iść do I klasy i kropka! Chcąc uniknąć kłótni z synem i może później ciągnięcia go na siłę do zerówki, uzgodniliśmy z mężem, że od września pójdzie do tej I klasy. Najwyżej, jakby sobie nie poradził to zostanie w I klasie i tyle. Ale odpukać, na razie Ksawek daje sobie nieźle radę w szkole. Tyle, że ma wielkie ambicje. No i nudzi i denerwuje go to, że w szkole zamiast uczyć się pisać i czytać, on robi to co robił w zerówce - czyli maluje ślaczki, kreski i kropki i takie tam. I moje tłumaczenia, że od tego zaczynają, a już niedługo będą pisania i czytania się uczyć, to do niego to nie dociera, bo mama  się nie zna. Ach...
     Ale to nie jedyne takie moje zmartwienie. Moim większym zmartwieniem jest zapominalskość Ksawerego! Idzie do szkoły z tornistrem i workiem z obuwiem na zmianę, codziennie musi nosić taką przypinkę z imieniem i nazwiskiem, a w dni kiedy ma wf to nosi jeszcze worek ze spodenkami i białą bluzką. Już w pierwszym tygodniu jego szkoły "zgubił" białą bluzkę po wf-ie. Potem jedna mama przyniosła do klasy jego bluzkę i ją odzyskał. Jakoś dzień później zostawił w szkole worek z obuwiem na zmianę. Na szczęście następnego dnia rano obuwie było w szatni. Innego dnia zostawił tą przypinkę z imieniem i nazwiskiem, rano oczywiście ją odzyskał, a żeby było śmiesznie, to tego samego dnia znów ją zostawił gdzieś!! Dobrze, że ledwo co wyszliśmy poza bramę szkoły i mnie tchnęło cosik, że brakuje tej przypinki, więc cofnęliśmy się do szkoły i woźna znów u siebie ją miała. Dzień później znów zginęła synkowi biała bluzka i to tym razem przed wf. Ach... Odzyskał ją następnego dnia. Ale już nie wiem, jak mam tłumaczyć memu zapominalskiemu synkowi, żeby pilnował wszystkich rzeczy!

A to mój synio Ksawek w drodze do szkoły:)


niedziela, 22 września 2013

Małe początki.

     A więc w końcu zmobilizowałam się i zaczynam pisać bloga. Nawet nie wiecie, jak długo nosiłam się z owym zamiarem. Owszem, piszę już jednego bloga, takiego małego i tylko głównie o moich kochanych dzieciach. A tutaj chciałabym pisać o wszystkim. 
     Na razie napiszę tyle, że mam męża, dwójkę kochanych synków i w swoich postach będę chciała trochę popisać o moich pociechach. Ale i nie tylko o nich. Myślę, że nie będzie tu aż tak nudno:) Tym bardziej, że trochę u nas się ostatnio dzieje.