sobota, 30 listopada 2013

Andrzejkowo.

       Dzień jak co dzień. Nic specjalnego. A jednak to dziś wszyscy imprezują na balach andrzejkowych lub przynajmniej na imprezkach andrzejkowych:) Ja z dziećmi w domku siedziałam cały dzień, bo mżawka siąpiła u nas. A mężulo jest w pracy i wróci jutro przed obiadem dopiero. Trzeba było sobie jakoś urozmaicić ten dzień. Więc po południu poza oglądaniem tv, graniem w gry czy kolorowaniem, znalazłam inną zabawę dla dzieci:) Przypomniałam sobie o zbieranych planszach. Kupowałam kiedyś książki z literkami, a w komplecie była jeszcze zawsze karta do nauki pisania + sztywna kartka z obrazkami czy literkami. Jedne literki były do wycięcia, inne to niby gra jakaś. Ja jednak postanowiłam wszystkie literki powycinać dzieciom. 

























   Jak widać, Ksawkowi się spodobało i układał sobie różne słowa i słówka. Był bardzo zadowolony, że sam układał słowa.
   Później chciałam pokazać synkom jak się leje wosk przez dziurkę od klucza. Ale jakoś tak wyszło, że już mi się nie chciało. Jednak dzieci, pomimo faktu, że już byli wykąpani i w piżamach upomnieli się o lanie wosku. Ach:) Cóż było robić. Rozgrzałam świeczkę i laliśmy ten wosk:)









     Nie wiem co wyszło moim synkom?! Patryś o swoim stworku mówił, że to delfinek. A Ksawkowi co wyszło? Jakieś kółko i patyk:) I co to niby ma oznaczać? Ha, ha, ha:) 
     Wczoraj Ksawek u siebie w szkole też miał wróżby andrzejkowe. I kilka razy losowali karteczki z jakimiś napisami. Synio mi mówił, że jeden z kolegów 3 razy wylosował kartkę z napisem, że się zakocha:) Widocznie kochliwy będzie:) Za to mój synek wylosował jedną kartkę z napisem, że będzie bogaty, drugą, że wyjedzie na wycieczkę, a co było na trzeciej, tego nie pamięta. Chyba bogactwo i związane z nim wycieczki go przytłoczyły i na resztę uwagi nie zwracał:) 

poniedziałek, 25 listopada 2013

Pierwszy śnieg, pierwszy bałwanek;)

       Rano za oknem widziałam przymrozek - w sumie to widziałam, że trawa jest pobielona , a ulica aż się świeci. Całe szczęście nie wiało, to aż tak zimno nie było. A temperatura o 7.00 rano pokazywała -1 stopnia. Koło 9.30 zaczął padać deszcz ze śniegiem, później już sam śnieg i to nieźle sypało. Taki widok miałam za oknem około 12.00.




 Patryk od razu chciał iść lepić bałwanka. Ale odczekaliśmy jeszcze trochę i jak Ksawek wrócił ze szkoły, to trochę pobiegali po śniegu sobie. A tu uciecha z pierwszego śniegu:)






 U Was też dziś padał śnieżek? Bo my już powoli czujemy magię nadchodzących świąt;)





piątek, 22 listopada 2013

Nalewka z brusznicy - czyli z naszej borówki czerwonej.

      W tym roku pierwszy raz byłam z moimi dziećmi i mężem na borówkach w lesie. Ja jako dziecko też chodziłam na borówki, ale raczej ot tak, dla siebie, żeby zjeść je. Jako że lubię robić dżemy dla mojej rodzinki, a także od jakiegoś czasu zbieram przepisy i próbuję zrobić nalewki z różnych owoców, to też mężowski pomysł był taki, abym w tym roku spróbowała zrobić właśnie nalewkę z brusznicy! Byliśmy całą rodziną w lesie - jeszcze w wakacje oczywiście. Mężu wcześniej wyczaił super miejsce, gdzie zbieraliśmy, zbieraliśmy i zbieraliśmy te borówki.



      Jak widać mieliśmy jednego dnia trochę tych borówek. Z większości zrobiłam dżemik dla dzieci, ale też zostawiłam trochę na nalewkę. I teraz napiszę właśnie o niej. 

NALEWKA NA CZERWONYCH BORÓWKACH

Kilogram umytych i oczyszczonych czerwonych owoców borówki lekko pognieść, włożyć do słoja, zalać litrem spirytusu, zamieszać, szczelnie zamknąć i trzymać w miejscu nasłonecznionym tak długo, aż borówki stracą czerwony kolor (czyli tak około miesiąca).
Przyrządzić syrop z litra wody i 250 gramów cukru, pamiętając o odszumowaniu. Wystudzić, przefiltrować nalewkę i dobrze wymieszać z syropem. Rozlać do butelek, przechowywać szczelnie zamknięte w ciemnym, chłodnym miejscu. Najlepiej jak butelki postoją ze 2-3 miesiące i potem można kosztować:)

     Tak wygląda już rozlana nalewka w moim wykonaniu;)




Ja swoją nalewkę rozlałam w październiku do butelek. Teraz stoją sobie i czekają na odpowiedni czas, aby przeprowadzić degustację:) A że jeszcze takiej nalewki nie robiłam i nie miałam okazji posmakować, to kiedy indziej opiszę Wam wrażenia! 


wtorek, 19 listopada 2013

Pan Kukiełka:)

     Na poniedziałek mój pierworodny miał do szkoły przynieść drewnianą łyżkę, jakieś szmatki, sznurek, plastelinę, włóczkę. No niby nic nadzwyczajnego, ale drewnianej łyżki u mnie brak - za to mam bambusową, a to w sumie też drewno. Miałam też kłopot z włóczką. Dlaczego? Bo nic z włóczki nie robię, a jak była potrzeba, to brałam od mojej mamy. Ona ma resztki z lat, jak to kiedyś często skarpety na drutach robiła, a teraz te resztki gdzieś na strychu leżą. Muszę sobie wbić do głowy, aby będąc u moich rodziców trochę tych resztek włóczki zabrać, bo widzę, że przynajmniej raz w tygodniu robią coś z włóczką w szkole. A że teraz mam dalej do rodziców, to specjalnie po samą włóczkę do babci nie pojadę. Miałam na szczęście nici kolorowe do wyszywania i to właśnie synkowi dałam. Z resztą kłopotu nie było i synek z przygotowanymi rzeczami poszedł do szkoły robić kukiełkę z łyżki - w naszym przypadku - bambusowej. 
     Przyznam się szczerze i bez bicia, że tej łyżki często używałam w kuchni. Była mi bardzo przydatna. Ale czego to się dla dziecka nie robi. Dałam synkowi moją ulubioną i jedyną taką łyżkę. Ale po cichu sobie myślałam, że zrobi tą kukiełkę, a później przyniesie do domku, to odzyskam łyżkę. I to był mój błąd! Wrócił wczoraj synio ze szkoły i oświadczył, że gotowe kukiełki z łyżek zostają w szkole!!! On akurat wczoraj swoją przyniósł do domku - śmiałam się, że tylko po to, bo matula z łyżką się pożegnała:) Ale on ją przyniósł, bo nie zdążył jej zrobić na lekcjach i miał dokończyć w domku, a potem przynieść do szkoły.  ... Och. No cóż. Głowa do góry, pierś do przodu i pozytywne myślenie - że muszę kupić sobie nową łyżkę bambusową:) A co tam! 
     Wracając do kukiełki, to synek przygotował pana kukiełkę, ale nie zdążył zrobić mu peleryny. Poprosił mamę o pomoc. Coś tam wspólnymi siłami wymyśliliśmy i zaczęliśmy działać:)

     Jak widać, przygotowaliśmy kawałek sztywnego papieru, akurat w kolorze bordo, a na to wycięłam kawałek materiału świecącego, taki się spodobał synowi i Vikolem przykleiłam do kartki papieru. Jak już klej wysechł, to pelerynę założyliśmy panu kukiełce, choć trochę spadała. To z tyłu jeszcze przykleiłam Vikolem pelerynę do łyżki i trzymała się w końcu.

      Najważniejsze, że synkowi się wszystko podobało, przecież on nadzorował pracę i pomagał mi z tą peleryną, pokazywał, gdzie wyciąć dziurki na ręce - ręce to te czarne sznurki;) Ale powiem szczerze, że miałam ubaw z tą kukiełką. Aż miło było porobić coś takiego z synkiem. Patryk chciał pomagać, ale tym razem tylko się przyglądał. A jak pan kukiełka był już gotowy, to chłopcy powiedzieli, że mogę kupić zwykłe drewniane łyżki i sobie takie kukiełki w domku zrobimy do zabawy. Czyli zadowoleni z wspólnej zabawo-pracy:) A Wy robiliście takie kukiełki z dziećmi? Może ktoś podpowie coś ciekawego w tym temacie?






sobota, 16 listopada 2013

Atoperal Baby przetestowany:)

     Dziś opiszę Wam naszą przygodę z kosmetykami Atoperal Baby. Na portalu http://ebobas.pl/ udało mi się zakwalifikować do testów kosmetyków tej firmy. Piszę mi, a to raczej moim synkom się udało. Otrzymaliśmy takie kosmetyki: krem i piankę do mycia.




     Dodam, że jakiś czas wcześniej udało mi się wygrać 3 kosmetyki tej samej firmy, a dokładnie: emulsję do ciała, szampon i również piankę do mycia. Tak więc miałam co potestować na synkach. Obaj moi synkowie mają trochę przesuszoną skórę, czasem aż pojawiają się takie suche kawałki popękanej skóry, to wygląda jakby chciały odpaść:) Na szczęście ze skórą głowy jest wszystko ok. Nie ma łupieżu czy czego jakiegoś innego problemu. Więc tymi kosmetykami chętnie myłam synków i wcierałam w nich emulsję czy krem.

KOSMETYKI ATOPERAL BABY SĄ PRZEZNACZONE DO CODZIENNEGO MYCIA I PIELĘGNACJI SKÓRY ATOPOWEJ, SUCHEJ, SZORSTKIEJ, WRAŻLIWEJ Z NADMIERNIE ZŁUSZCZAJĄCYM SIĘ NASKÓRKIEM I/LUB ŚWIĄDEM U DZIECI I NIEMOWLĄT.

Teraz po troszku opiszę te z kosmetyków, które testowaliśmy. 

Zacznę od PIANKI DO MYCIA.
Receptura pianki oparta jest na łagodnych środkach myjących, a także substancjach nawilżających i łagodzących podrażnienia. Delikatna piana zapewnia przyjemną kąpiel, doskonale myje i nawilża skórę dziecka. Dodatkowo łagodzi podrażnienia i nie narusza naturalnej bariery ochronnej skóry dziecka. 
Zawiera między innymi:
BIOLIN - naturalny prebiotyk, stymuluje fizjologiczną barierę ochronną skóry.
MOCZNIK - naturalny humektant zatrzymujący wodę w skórze i ułatwiający panetrację substancji aktywnych. Działa nawilżająco, normalizująco na zaburzone procesy keratynizacji.
GLICERYNA - nawilża skórę.
L-ARGININA - nawilża skórę i redukuje podrażnienia
Tyle w teorii - teraz praktyka.  















     Jak widzicie, pianka ma bieluśki kolorek, jest w fajnej butelce z pompką - a to akurat moim synkom bardzo się podoba. Fajnie się tą piankę rozmasowuje na ciele, ale jednak trzeba kilka razy napompować trochę tej pianki na dłoń, nim zacznie się myć. To taki mały minus. Bo mogła by się lepiej pienić ta pianka - ale to moje zdanie. Zapach jest delikatny i przyjemny. 

Teraz SZAMPON.
Specjalnie opracowana receptura Szamponu zawiera delikatne środki myjące włosy oraz skórę głowy. Dodatkowo została ona wzbogacona składnikami nawilżającymi i łagodzącymi podrażnienia, nie naruszającymi naturalnej bariery ochronnej skóry dziecka.
Zawiera między innymi:
BIOLIN - prebiotyk stymulujący naturalną barierę ochronną skóry.
MOCZNIK - naturalny humektant zatrzymujący wodę w skórze i ułatwiający penetrację substancji aktywnych. Działa nawilżająco, normalizująco na zaburzone procesy keratynizacji.
GLICERYNA - nawilża skórę.
I znów czas na praktykę. Ale jak dobrze doczytaliście, to szampon ma bardzo podobny skład do pianki. 


















     Muszę się przyznać, że napoczatku zadziwiło mnie opakowanie, w którym jest szampon. W takim opakowaniu zazwyczaj są kremy, a tu niespodzianka - szampon. Podczas pierwszego mycia głowy synom nie miałam wprawy w obsługiwaniu tegoż opakowania i po otwarciu go wylało mi się za dużo szamponu. Później już uważałam i doszłam do wprawy, hi, hi:) Po prostu trzeba uważać. Szamponik jest przeźroczysty, dosyć ma lejącą się konsystencję, za to super się pieni i jest mega wydajny. Moi chłopcy mają krótkie włosy to też i nie potrzebuję dużej iloci szamponu, żeby umyć te ich łepetynki.Ogromy plus, że szampon nie szczypie w oczy, kiedy piana dostanie się do niech! Same włosy po umyciu są delikatne i takie fajne:) Zapach szamponu jest delikatny i przyjemny, za to na drugi dzień już go nie czuć we włosach, ale delikatne są dalej:)

Teraz  zajmę się KREMEM.
Krem zawiera specjalnie dobrane składniki nawilżające i łagodzące podrażnienia, nie narusza naturalnej bariery ochronnej skóry dziecka. Polecany przy pieluszkowym zapaleniu skóry. 
Zawiera między innymi:
KOMPLEKS CERAMIDÓW - unikalny kompleks odbudowujący prawidłową barierę naskórkową poprzez dostarczenie składników cementu międzykomórkowego, których niedobór wykazano u osób chorych na atopowe zapalenie skóry.
SEPICALMS - wzmacnia naturalną barierę ochronną naskórka, wykazuje właściwości nawilżające, kojące, przeciwzapalne i antyoksydacyjne.
STIMU-TEX - substancja woskująca, zabezpieczająca przed nadmierną transpiracją wody oraz zapewniająca natychmiastowy i długotrwały efekt przeciwświądowy i łagodzący.
A tak mój "model" testował na sobie krem:)


















     Jak widać, obsługa kremu dziecinnie prosta, choć nie do końca, bo akurat krem Atoperal Baby jest dosyć gęstym kremem i poooowolutku wychodzi pod siłą nacisku na tubkę. Sam kremik jak znów widać, jest biały i zapach znów delikatny i przyjemny. Częściej używałam raczej emulsję po kąpieli, ale kremiku używaliśmy przed wyjściem na dwór. Dzieci smarowały sobie twarze i ręce. Pewnie lepiej potestowało by się ten krem, gdyby u nas były już mrozy. Ale nie wywołujmy wilka z lasu ;) i cieszmy jesienną pogodą z temperaturą na plusie:)Dodatkowym plusem jest to, że fajnie się wchłania w skórę i nie ma się odczucia tłustej skóry. Ja osobiście też muszę pochwalić krem Atoperal Baby. Jak wiecie nasze testowanie zbiegło się w czasie z naszą przeprowadzką. A podczas przeprowadzki, jak i remontu nasza skóra od ciągłego mycia wszystkiego, szorowania i jakby nie było - ogromnego kontaktu z wodą i detergentami, robi się sucha, podrażniona, zrogowacona i w ogóle taka nienasza! Opuszki palców miałam okropnie podrażnione i suche, a dzięki codziennemu wsmarowywaniu kilka razy dziennie tego kremu w moje dłonie, stały się coraz bardziej nawilżone, coraz mniej szorstkie, aż wróciły do "normalnej formy". Musze zaznaczyć fakt, że używałam kremu na moje dłonie na przemian z emulsją. 

I na koniec opiszę EMULSJĘ DO CIAŁA.
Przeznaczona jest do pielęgnacji delikatnej skóry atopowej, suchej, szorstkiej, z nadmiernie złuszczającym się naskórkiem i/lub świądem, stwarzającej problemy w codziennej pielęgnacji. Polecana również do pielęgnacji skóry długotrwale leczonej preparatami sterydowymi. 
Zawiera między innymi:
SEPICALMS - doskonale dobrana mieszanina soli, aminokwasów i lipidów. Wzmacnia naturalną barierę ochronną skóry, działa nawilżająco, kojąco, przeciwzapalnie i antyoksydacyjnie.
MASŁO SHEA - ma właściwości nawilżające i zmiękczające, wykazuje działanie przeciwzapalne, zawiera naturalny filtr chroniący przed promieniowanie UV (SPF 6).
Teraz jak to u nas w praktyce z emulsją było:)

















     Emulsja też ma kolorek biały. Zapach delikatny i przyjemny. Konsystencja jej jest jednak rzadsza do kremu, ale nie jest aż znów taka rzadka - choćby jak szampon. Za to super się ją rozsmarowuje na ciele. Chłopcy z chęcią sami się nacierali tą emulsją, mama pomagała w sumie tylko na plecach:) Emulsja w przeciwieństwie do kremu, jest trochę tłusta. Pozostawia na skórze taką trochę tłustą jakby powłoczkę. Więc wsmarowując ją np. w dłonie, musimy trochę uważać, bo potem na wszystkim możemy zostawić ślady. Pewnie niektórzy chcieli by wiedzieć czy ta emulsja zostawia na ciuchach tłuste plamy? Nie zostawia. Bo aż taka tłusta nie jest, choćby jak np. oliwka. Więc mamusiom i tatusiom mówię - SPOKOJNIE! Skóra synków przez czas całych testów zrobiła się elastyczniejsza, taka przyjemna w dotyku, milusia, nie widzę żadnych zmian na skórze. I dobrze! Znaczy - emulsja działa. Ja jak już wspomniałam wyżej, też używałam emulsji na moje dłonie. Choć musiałam brać poprawkę na to, że jak sobie emulsją dłonie wysmarowałam, to dłonie musiały trochę odpocząć sobie, dopiero po jakimś czasie brałam się znów za robotę. Po użyciu kremu, tego odpoczynku moim dłoniom robić nie musiałam, bo on nie pozostawiał tłustej powierzchni. Emulsja jest też bardzo wydajna. Troszkę wystarczy, bo spory kawałek ciałka wysmarować.


     Moja ogólna ocena kosmetyków firmy ATOPERAL BABY jest mega pozytywna. Ja osobiście poleciłabym te kosmetyki każdemu. Nie tylko dzieciom i niemowlętom. Każdemu, kto ma problem z przesuszoną skórą, łuszczącą się, zrogowaciałą, atopową - po prostu polecam te kosmetyki. Rozumiem, że jest osobna linia kosmetyków dla dorosłych - zresztą wszystkiego możecie się dokładnie tutaj dowiedzieć 
http://www.adamed.com.pl/pl/dermokosmetyki/atoperal/.   Jednak wydaje mi się, że linia kosmetyków ATOPERAL BABY jest po prostu bardziej delikatna, bo wiadomo, że skóra niemowlaków i dzieci jest delikatniejsza niż dorosłych, dlatego składniki są inne niż w linii kosmetyków dla dorosłych. Ale dorośli śmiało możecie i tej dziecięcej linii kosmetyków używać:) Nie wstydźcie się:)

















piątek, 15 listopada 2013

Szaszłykomania.

      Moje dzieciaki uwielbiają szaszłyki. Parę razy pomagali mi zrobić szaszłyki na obiad. Oczywiście to nie było tak, że mama wszystkie produkty przygotowała, pokroiła, doprawiła i nadziała. O nie! Chłopcy kroili paprykę, ogórki, cukinię czy cosik innego. Przeważnie mięso i cebulę zostawiam sobie do pokrojenia. Potem jest mnóstwo zabawy z nadziewaniem na patyki tego wszystkiego i doprawianiem. Smażenie oczywiście pozostaje znów dla mamy - z wiadomych przyczyn - dzieci jeszcze za małe, żeby same mogły smażyć. A podczas jedzenia to już w ogóle mega radocha:) Tym bardziej, jak zjadają te szaszłyki, które sami zrobili:)

    I tak tym moim chłopcom zachciewało się szaszłyków, że jednego wieczorka chcieli robić je na kolację! Pech, bo akurat żadnego mięsa w domku nie miałam - a teraz mieszkając na wsi nie mam supermarketów pod ręką, żeby w każdej chwili wyskoczyć na zakupy. Brakowało mi też innych składników na szaszłyki, a dzieci upierały się, że chcą szaszłyki zjeść! I co miałam zrobić? Wymyśliłam więc inne szaszłyki - podane na zimno. Bez jakiejkolwiek obróbki cieplnej:)

Przygotowałam takie składniki:



Jak widać jest świeży ogórek, pomidor, cebulka i parówki.Jednak dzieci chciały jeszcze jeden składnik dodatkowo - ser. 


No to dobra matka dokroiła kilka plasterków żółtego sera.  Potem zaczęłam nadziewać widoczne na fociach produkty na patyczki i oczywiście chłopcy też chcieli robić szaszłyczki.



Ksawek dzielnie natykał wszystko na patyki, za to Patryś podjadał nam nasze produkty, hi, hi:)
Za to chętnie Patryk pozował do zdjęć z Ksawkiem i szaszłykami:)



Zjedli zadowoleni wszystko - a najśmieszniejsze było to, że cały żółty ser zjadła mama, bo chłopcom jednak on nie smakował:) Chociaż na małe co nieco się załapałam :) A! Dodam, że cebula była świeża, dosyć ostra, choć za dużo starałam się, żeby chłopcy nie mieli jej an patykach, bo mogli by nie dać rady jej zjeść. Ale zjedli:) Zjedli wszystko:) Moje Kochane łasuchy:)

czwartek, 14 listopada 2013

Najlepiej to się rozchorować!

      Będąc mamą dwójki dzieci, strasznie przeżywam, jak dopadnie ich choroba. Bez różnicy czy mają tylko katar, czy może jednak gorączkę, kaszel i niedaj Boże coś jeszcze! I tak w sobotę wylądowaliśmy z Ksawerym u lekarza, bo strasznie dusił się kaszlem. Wyszło, że pani dr. coś słyszała na oskrzelach i dostał syrop + inhalacje. Oraz przykazanie, że od soboty do środy włącznie nie ma wychodzić z domu. No i trochę byłam zła, bo w nowej szkole spędził pierwszy tydzień i tu już 2 dni trzeba opuścić w nauce. Ale cóż. Zdrówko ważniejsze. 
     Ja w sobotę czułam się dobrze, za to w niedzielę już jakby mnie coś brało. Ale miałam tylko kaszel. W poniedziałek miałam już okropną chrypkę. Za to we wtorek nie miałam już głosu w ogóle!!! Wiecie jakie to okropne uczucie, jak chce się coś dzieciom powiedzieć a z ust wydobywa się tylko szept?! Ale to jest pikuś, bo z dziećmi to ja się i szeptem dogadywałam, jak nie mogłam ich "przekrzyczeć" tym szeptem, to klaskałam i wtedy się chłopcy uspokajali i chcieli wiedzieć co ta mama od nich chce. Najgorzej było, jak zadzwonił telefon. MASAKRA!!! Ja tu wysilam się jak mogę, a z drugiej strony telefonu słyszę - proszę głośniej! Hmmm... tylko jak???????????????? Jak mąż wrócił z pracy i dosłyszał moje szeptanie, od razu spakował mnie do auta i pojechaliśmy do lekarza. No i usłyszałam diagnozę - zapalenie krtani i trochę zawalone oskrzela. Czyli załatwiłam się lepiej niż synek. Dostałam antybiotyk i inne lekarstwa. Dziś już głos mi wraca na szczęście. I mogę się jakoś dogadać, bo tak to dziwnie jakoś. A! Najfajniejsze było, jak pan dr. powiedział, że mam tydzień czasu leżeć w łóżku i się wygrzewać - wszystko super, tylko to niewykonalne! Przy dwójce dzieci się nie da. Ale muszę przyznać, że i tak synkowie byli dla mnie łaskawi. Bo pierwszego dnia brania tych leków byłam senna i w ogóle jakoś tak się dobrze nie czułam. Więc co jakiś czas szłam położyć się do łóżka, a synkowie albo oglądali bajki, albo bawili się, więc mieli zajęcie. A Ksawery starał się bardzo opiekować chorą mamą. I ciągle powtarzał: OSZCZĘDZAJ GARDŁO I NIC NIE MÓW. NAM MOŻESZ POKAZYWAĆ O CO CI CHODZI, A GARDŁO OSZCZĘDZAJ JAK TELEFON ZADZWONI! Mój kochany mądrala:) Oby to paskudne choróbsko nas opuściło w końcu już na dobre.

wtorek, 5 listopada 2013

A więc już na sowim i dodatkowe ciekawostki.

         Ach dzieje się u nas, dzieje i nie ogarniam jeszcze wszystkiego. Ale jesteśmy już na swoim:):):) Ach jaka jestem szczęśliwa i wkurzona jednocześnie. Szczęśliwa to wiadomo, bo mamy w końcu swój kącik - własny kącik:) Wkurzona, bo bałagan, bajzel nieziemski w chałupie jest i nie ogarnęłam go w kilka dni - potrzebuję do tego jeszcze kilku dni! Ale jest dobrze, bo mamy gdzie i na czym spać, co jeść i jesteśmy we czwórkę razem - a to najważniejsze:) 
       Cała przeprowadzka poszła w miarę sprawnie, synkowie byli wywiezieni do babci - bo wiadomo, że ich pomoc trochę opóźniała by robotę. A tak oni 2 dni spędzili u babci, a rodzice ciężko pracowali ustawiając meble i próbując przedostać się z kąta w kąt przez masę kartonów, worków i innych bibelotów. O matko - aż sama się sobie dziwię, że tyyyyyle tego mam. A to jeszcze i tak nie wszystko, bo jeszcze mam różne rzeczy u moich rodziców pochowane na strychu, jeszcze cosik tam jest też u teściów. O mamciu!!! Chyba trzeba będzie zrobić remanent w swoim dobytku i wybrać tylko te potrzebne, a resztę wyrzucić. Synkowie jak już przyjechali do naszego domku biegali z pomieszczenia do pomieszczenia i jedna wielka radość - taka szczera, dziecięca radość. Ale chyba najbardziej cieszą się, że jest podwórko, jest trochę ogrodu. Czyli jest miejsce na wariowanie i już nie muszą prosić mamy, aby pójść z nimi na plac zabaw. Teraz słyszę tylko mamo idziemy na dwór, pomóż założyć nam apaszki/kurtki. Ot i już ich nie ma! Nawet nie wiecie jak jestem z tego powodu szczęśliwa. No i synkowie też. 
       Od wczoraj Ksawek chodzi też do nowej szkoły z nowymi kolegami/koleżankami i nowym gronem pedagogicznym. Nie jest źle, bo już pierwszego dnia poznał się lepiej z kilkoma osobami z klasy i nie tylko ze swojej, dostał sporo zadań domowych tego dnia i ku mojemu największemu zaskoczeniu dostał do domu czytankę do nauki. Hmm... wiecie, jak Ksawek chodził do zerówki to panie się tłumaczyły, że nie można dzieci w zerówkach uczyć czytania i pisania - od tego jest I klasa! W zerówkach tylko dzieci zaznajamiają się z niektórymi literami czy cyframi. No i tak było u Ksawka. Więc on nawet całego alfabetu jeszcze nie zna. W I klasie - tej w której zaczynał naukę przerobili literki A, O, M, T --- tu w obecnej szkole mają trochę więcej tych literek przerobione, ale ciągle całego alfabetu jeszcze nie. Więc na jakiej podstawie wymagają od dzieci nauki czytania czytanki na 3/4 strony kartki formatu A4??? I to z literkami z całego alfabetu??? Ja tego nie rozumiem, a jak próbowałam się dziś dowiedzieć od pani dlaczego mają takie zadanie domowe nie znając całego alfabetu, to pani się tylko uśmiechnęła. I jak mam to rozumieć??? No nic, z pomocą wychowawczyni Ksawka mam nadzieję, że nadrobimy zaległości i już niedługo będziemy uczyć się czytać znając cały już alfabet. Ale synkowi na razie podoba się w obecnej szkole - i niech tak zostanie:)
       Jak jestem przy temacie Ksawerego, to muszę koniecznie wspomnieć, że chodząc jeszcze do starej szkoły wypadł mu drugi ząbek:) W sumie to ten ząbek był trochę ruchomy, ale kolega pomógł wypaść temu zębolkowi. Bo mój synio trzymał sznurek od worka z ciuchami na wf w buzi a kolega podszedł i pociągnął za ten sznurek. Trach....... i po zębie! Synio trochę zły był na kolegę, ale szybko mu przeszło, bo od razu radośnie mnie poinformował, że znów Wróżka Zębuszka do niego przyjdzie:) 
        A! No i jak mogła bym jeszcze pominąć pożegnanie w szkole u Ksawka i jeszcze w przedszkolu. Bo synek chciał się z wszystkimi pożegnać, to jednego dnia poszliśmy do jego dawnego przedszkola i pożegnaliśmy się z panią i dziećmi - tymi, którzy z Ksawkiem chodzili do zerówki a potem nie poszli do I klasy. Kilka koleżanek mocno wyściskało Ksawka, a jedna nawet pocałowała go w policzek - co Ksawek tak skomentował: OJ PRZESTAŃCIE SIĘ JUŻ WSZYSCY WYGŁUPIAĆ!!! No i niech każdy rozumuje jak chce o co też mojemu synkowi chodziło;) Za to w szkole, w jego starej I klasie pożegnanie wyglądało w sumie tak, że wszyscy tylko mówili TO PA KSAWERY I ODWIEDŹ NAS TU CZASEM. No i już po wszystkiemu. 
       Ok, to by było na tyle. Już niedługo następny wpis:) Teraz będę częściej - tak przynajmniej mi się wydaje:)