środa, 26 lutego 2014

Moja pasja - książki:):)

     Jakoś jeszcze w starym roku, będąc na zakupach w Lidlu, zatrzymałam się przy stoisku z książkami. Była akurat jakaś przecena i przeglądałam, jakie książki mają i w jakiej cenie. W oko wpadła mi książka "IGRZYSKA ŚMIERCI" Suzanne Collins.


RATUJĘ SIĘ FOTKĄ Z NETU, BO MAJĄ KSIĄŻKĘ SZWAGIER POŻYCZYŁ;) 

Niby coś ten tytuł mi mówił, ale szybko nie mogłam skojarzyć z filmem, który wcześniej był w kinach. Pewnie dlatego, że nie byłam na nim. Jednak książka mnie mega wciągnęła. Czytało się ją super, można by rzec, że jednym tchem! Żebym nie musiała zajmować się dwójką dzieci, domem i w ogóle - jak to matki i kobiety zajmujące się domem, to bym chyba przeczytała tę książkę w 1 dzień. Ale poszło mi i tak ekspresowo, bo przeczytałam ją w 2 dni! Szok! Ale taka byłam niezadowolona, że tak jakoś nie za ciekawie się skończyła ta książka - nie wiedziałam jeszcze wtedy, że TA książka jest pierwszą częścią trylogii!!! Kiedy się w końcu zjarzyłam jaka jest prawda, nie mogłam doczekać się momentu, aż kupię sobie dwie pozostałe książki!!!
     Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, pod choinką znalazłam dwie brakujące mi książki z danej trylogii. Moja radość była wielka:) Nie ma to jak Kochany mąż, który wie o czym żona marzy:) Od razu zaczęłam w święta podczytywać drugą część " IGRZYSKA ŚMIERCI W PIERŚCIENIU OGNIA".
Wiecie jak to w święta, trochę tu, trochę tam, każdy chce pogadać i w ogóle, to jakoś czytanie szło mi opornie. W sylwka i kilka dni po nim też czytanie nie szło. Ale potem jakoś wynajdywałam choćby z pół godzinki w ciągu dnia, żeby podczytać trochę - co też tam dalej się dzieje!!! A działo się, działo i to jak! Były momenty, że już sama próbowałam wyobrazić sobie dalsze losy bohaterów. Ale podczytywałam i w końcu dobrnęłam do końca drugiej części.
     Wtedy nadszedł czas na 3 część "KOSOGŁOS" się nazywa.
I znów czasu brak, bo i pogoda lepsza się zaczęła robić, to dzieci mamę na dwór ciągnęły i jakoś z tym czasem i chęcią na czytanie kiepsko. A dodam, że książek mam sporo. Sporo mam i przeczytanych książek i kupionych i przeczytanych książek. Choć mam w domu książki które zakupiłam i czekają na swoją kolej. Ale wracając do "KOSOGŁOSA", starałam się jakoś wygospodarować czas i w końcu w ciągu 5 dni przeczytałam całą książkę. Pewnie, że mogłam w 1 dzień, ale z czasem krucho, więc tak na raty i co mówiłam sobie - ok, na dziś koniec, jutro dalej poczytam! To wtedy aż ciarki miałam, bo nie mogłam doczekać się co też główna bohaterka dalej zrobi?, jak postąpi?, jakich dokona wyborów?, kto jeszcze zginie?, kto jest jej przyjacielem a kto wrogiem? Ach... pytania mi się mnożyły i mnożyły! Ale doczytałam książkę do końca! Cudnie!
     Teraz takie małe podsumowanie tej trylogii. Po pierwsze - kto nie czytał, niech przeczyta!!! Dodam, że nie oglądałam w kinie ani 1, ani 2 części. I już teraz się nie mogę doczekać, bo jakoś teraz na dniach w TV ma być puszczona pierwsza część - koniecznie muszę ją obejrzeć - choćby się waliło i paliło - ja ją obejrzę ! Muszę zrobić sobie takie osobiste porównanie książki do filmu i odwrotnie!  
Poza tym ile tam się dzieje w tej całej trylogii!! Jakie trudne decyzje ludzie muszą podejmować - czym przy tym się kierują? Kto, z kim, po co i dlaczego??? Pytań mnóstwo! Odpowiedzi - też sporo, ale odpowiedzi ukazują nam się podczas czytania. Jest mały wątek romantyczny, choć w 1 części wygląda on słabo, w 2 hmmm... sama nie wiem jak go określić, za to w 3 części ten wątek normalnie mnie denerwował! Dlaczego? Przeczytajcie książki i zobaczcie sami! I choć trylogia skończyła się tak trochę po mojej myśli, to czegoś mi brak! Nie wiem, chyba takiego happy endu z wielkim romantycznym epizodem. No jakby nie było - tak chciałam, żeby się 3 część skończyła. Ale tak się nie skończyła. Choć dobrze jest! 
     A teraz aż mnie świerzbi, żeby poszukać innych książek tej autorki i znów móc przenieść się w inny świat, świat książkowy! Czytając różne książki - różnych autorów, nie zawsze mogłam tak się wciągnąć w książkę - w temat główny, że aż czułam się, jakbym osobiście TAM WŁAśNIE BYŁA - ZNAŁA TYCH BOHATERÓW OSOBIśĆIE. Lubię jak książka mnie tak aż wciągnie. I ta trylogia tak właśnie mnie wciągnęła!

piątek, 21 lutego 2014

Konsultacja logopedyczna.

     Mój pierworodny długo nie wymawiał RRRR. Ja już zaczął tę literkę porządnie wymawiać tak się cieszyłam! Od razu młodsza latorośl naśladowała starszaka i też próbował, próbował i szybko mu to poszło. Cieszyłam się ogromnie, że dwójka urwisów tak szybko tę trudną literkę zaczęła wymawiać! Potem zaczęłam sama ich poprawiać jak mieli powiedzieć SZ, CZ, RZ. I choć Patrykowi szło dosyć szybko w nauce tych literek, a tym bardziej z wymową wyrazów z tymi literkami, o tyle ze starszakiem mam problem do dziś. Dalej nie wymawia SZ, CZ, RZ.  Pocieszałam się, że w I klasie będzie pracował z logopedą w szkole i nadrobi zaległości szybko. Jednak moja uciecha długo nie trwała. Ponieważ w starej szkole, jeszcze przed naszą przeprowadzką, Ksawek miał zajęcia z logopedą raz w tygodniu przez jedną godzinę. Jednak miał je tylko przez ponad miesiąc i potem się przeprowadziliśmy.
      Tu w nowej szkole mówiła, że synek chodził na zajęcia z logopedą i byłabym szczęśliwa, gdyby i tu chodził. Żeby dalej pracował nad poprawną wymową. Pani uprzejmie mi tłumaczyła, że najpierw to szkoła musi zaczekać za papierami ze starej szkoły, wtedy zdecydują co dalej. Gdy papiery doszły, usłyszałam, że teraz muszą czekać, aż pani logopedka przyjdzie do nich do klasy i porozmawia z Ksawkiem, a potem się zobaczy - czy będzie musiał chodzić i od kiedy by zaczął. No ok. Rozumiem, że pani logopedka tu w szkole też ma już kilkoro dzieci, które naucza, ale jako matka - chciałam jak najlepiej i jak najszybciej, aby mój synio też chodził an te zajęcia z nią. Na półrocznej wywiadówce dowiedziałam się, ze logopedka do tej pory nie była w klasie synka i do tej pory z nim nie rozmawiała. Więc dalej na razie nie ma szansy, aby chodził na zajęcia z tą panią. 
      Za namową Doroty - Kochana bardzo Ci dziękuję, że mi tak doradziłaś:), wybrałam się u nas w mieście do logopedy z synkiem. Dziś byliśmy na 8.00 umówieni. Aż głupio się przyznać, ale mało brakowało i bym zaspała. Bo taaaaak mi się rano wstać nie chciało! Ale wyrobiliśmy się i byliśmy dokładnie 3 minuty przed czasem już pod drzwiami gabinetu pani logopedki:):) Pani bardzo uprzejma, kontaktowa. Ksawkowi nawet, nawet się ta pani spodobała, bo mówiła spokojnie, tłumaczyła spokojnie i podejście miała super. Nawet w grę słowną zagrała z nim i on wygrał:) Trzeba było widzieć jego zadowoloną minę z pochwał pani:) I TA pani jako pierwsza logopedka ( a to jest dokładnie 3 pani z która Ksawek miał do czynienia), dopytywała się między innymi o ty czy:
- długo synek pił z butelki? - nigdy nie pił!
- długo ssał smoczka? - nigdy nie chciał nawet smoka w buzi mieć!
- czy dużo chorował na gardło? - tak, często miał anginę, a w ubiegłym roku miał wycięte migdałki!
Po tym krótkim wywiadzie pani powiedziała, że prawdopodobnie przez to częste chorowanie, spanie z otwartymi ustami język przez lata źle się układał mu w buzi i teraz jest ten problem z niepoprawną wymową. Po półgodzinnych przeróżnych ćwiczeniach, którym mama się bacznie przyglądała, a młodszy brat nawet też próbował swoich sił, tak po cichutku, żeby bratu nie przeszkadzać, dostaliśmy ćwiczenia do domu. Bo jak to pani powiedziała, teraz najtrudniejsze zadanie dla mnie, żeby ćwiczyć z nim codziennie i musimy zmiękczyć język, bo jest sztywny. I musimy go odpowiednio ukształtować, aby poprawnie wymawiał wszystkie literki. A dokładnie muszę ćwiczyć z synkiem układanie języka na górnym podniebieniu i próbą wymowy literek K i T w ten sposób, oraz kukanie językiem. Wiecie, chodzi o takie odgłosy, jak koniki robią kopytkami. Syniowi wychodzi bardziej mlaskanie niż klaskanie. No to będziemy ćwiczyć.
      Szkoda tylko, że nie mamy szans dostać się do tej pani szybko na kolejne zajęcia. Od razu nas powiadomiono, że zapisać się możemy, ale termin za około rok! Szok normalnie! Ale pani logopedka powiedziała, że za ok miesiąc mam zadzwonić do poradni i poprosić, aby synka zapisano na ponowną konsultację do niej! A taka konsultacja będzie szybciej, choć jest krótsza od normalnej wizyty i co najważniejsze, mogę się o terminie takiej konsultacji dowiedzieć z dnia na dzień. Więc jak się zdecyduję, to czekam an telefon i od razu będziemy musieli przyjechać. No już trudno, ale i taki sposób dobry! A do tego czasu sami będziemy ćwiczyć:) 

środa, 19 lutego 2014

Jak ja nie lubię wieczorów!

     Kiedy zbliża się wieczór, marzę o tym, aby dzieci poszły spać i o tym, aby odpocząć. Odpocząć po całym dniu! I choćby w spokoju z mężem obejrzeć jakiś film w tv, albo w spokoju usiąść w fotelu z książką i spokojnie poczytać. Ale każdego wieczoru zaczyna się tak samo i tak samo się kończy!
      Najpierw chłopcy chcą chwilę z nami posiedzieć, od tak - tylko posiedzieć;) Potem jak ich wysyłamy do drugiego pokoju, aby przebrali się w piżamy, to zamiast przebierać się, to wariują w pokoju - bo wcześniej czasu nie było. Jak już człowiek krzywo spojrzy i chłopcy widzą, że rodzicom się nie podoba ich zabawa, to z łaską się przebiorą. A potem nagle - MAMO ALE JA BYM COŚ JESZCZE ZJADŁ! lub ALE JA BYM JESZCZE ODROBINKĘ SIĘ CZEGOŚ NAPIŁ! Hmmm... Ok, nerwy na wodzy - myślę - zjedzą i w końcu pójdą do łóżka. A oni dłuuugo jedzą i piją i przeciągają w nieskończoność. Potem jeszcze ze 100 razy idą siusiu - na zmianę lub czasem razem:) No i obowiązkowo z 1000 razy z pokoju wykrzykują MAMO KOCHAM CIĘ - TATO KOCHAM CIĘ! Lub w innej wersji przychodzą do nas i tuląc się do nas mówią te cudne słówka. Nie powiem, że źle się z tym czuję - uwielbiam, kiedy synkowie tak sami z siebie przychodzą i przytulają się do mnie i mówią, że mnie kochają. To najcudowniejsze słowa:) Jednak kiedy jest ten nasz czas ( mój i męża), to chciałabym go spędzić spokojnie tylko z nim. A dzieci robią wszystko, aby wyprowadzić rodziców z równowagi i żebyśmy najlepiej też poszli spać TERAZ, tak jak i oni. A Patryk, to jest dopiero mały kochany gagatek, bo jak już wszystkie sposoby wyczerpią z bratem, to on ma jeszcze jeden pomysł. Wchodzi do pokoju, tam gdzie mama z tatą siedzą i film oglądają, widząc od progu minę taty i mamy synio uprzedza nasze słowa, robi kwaśną, taką zbolałą minkę i prawie płacząc mówi: NO CO? ALE CHYBA MOGĘ MAMIE COŚ JESZCZE NA UCHO POWIEDZIEĆ?!  Oboje z mężem mamy wtedy wielką ochotę wybuchnąć śmiechem, ale nie śmiejemy się, tylko poważni mówimy, że tylko powie i leci spać! A ten mały gagatek do ucha szepce mi MAMO KOCHAM CIĘ!! ........................................................................................................................................................   I tym sposobem jak zwykle godzina 22.00 jak chłopcy w końcu lądują do łóżka i przy dobrych wiatrach zasypiają w przeciągu 15 minut, a jak gorszy dzień, znaczy nocka, to może przez godzinę zasną! Wiem, wiem co napiszecie - trzeba było dawno temu wprowadzić dzieciom jedną - stałą godzinę snu i nie było by kłopotu. Ale nie wprowadziliśmy takowej godziny i teraz bolejemy nad tym. Może kiedyś to się zmieni i zaczną szybciej chodzić spać;)

wtorek, 18 lutego 2014

Taka piękna pogoda była!

     Nie wiem jak u Was, ale u nas dziś była cudniście wiosenna pogoda. Aż chciało się wyjść na dwór i pospacerować, porobić cosik na dworze. Nawet nasza suczka Aza biegała na dworze jak szalona i nawet nawoływania jej nie pomagały w ściągnięciu jej do domku. :) 
   
    Nasza działeczka wokół domku jest pusta - goła i wesoła:) Znaczy obrośnięta trawą jest. Są plany posadzenia drzewek owocowych, jest plan zorganizowania miejsca na mały ogródek warzywny. Jeszcze nie wiem co w tym ogródeczku sobie posieję czy zasadzę, bo na razie zakupiłam sobie zioła: kolendra siewna, pietruszka naciowa, rozmaryn lekarski, bazylia wyższa, lubczyk ogrodowy - no bez tego to ani rusz! - do zupek jak znalazł, uwielbiam ten zapach i smak w zupce:), a i miętę zakupiłam już sobie, też ją posieję. Mięta musi być, bo chłopcy uwielbiają miętową herbatkę i to najlepiej nie taką kupną z torebki. Oni uwielbiają herbatkę miętową z zerwanych liści. Taką zawsze piją u babci Janki i jak mama mogła by nie posiać mięty u nas?! Coś czuję, że jak rozbestwię się z tymi ziołami w części przeznaczonej na ogródek warzywny, to na te warzywa miejsca mi zabraknie;) A mam jeszcze zakupione dwa rodzaje pomidorów. Pierwsze, to pomidorki gruntowe balkonowe. Ja nie mam balkonu, ale w doniczce będę je miała w domku, a jak później pogoda będzie już cieplejsza to na dwór przed domkiem doniczki wystawię. Drugie pomidorki, to pomidorki gruntowe Radana - koktajlowy wysoki się nazywają. Te chyba też w dużych doniczkach będę próbowała uchodować, bo szklarni nie mam i na razie nie chcę mieć, a nie wiem czy dadzą radę tak na dworze rosnąć. Ale muszę napisać, ze te pomidorki na obrazku wyglądają jak malutkie gruszki - ciekawe czy mi takie owocki an krzaczkach urosną - mmmmmm.... Już bym sobie takiego pomidorka z krzaczka zjadła:) 

poniedziałek, 17 lutego 2014

Placek mleczny.

     Nadeszła kolej na kolejny przepis. I dziś podzielę się przepisem na pyszniaste ciasto, bez pieczenia. 

 PLACEK MLECZNY

1/2 litra mleka
4 jajka
1 cukier waniliowy
1 kostka palmy
1 szklanka cukru
6 łyżeczek żelatyny
kakao, orzechy, rodzynki
galaretka, owoce do dekoracji

Zaczynamy od przegotowania mleka. Następnie przelewamy je go garnka i rozpuszczamy w tym gorącym mleku żelatynę i studzimy mleko. Palmę, cukier i żółtka ucieramy na jednolitą masę, do której następnie dodajemy po 1 łyżce wystudzonego mleka. (Robimy to powoli, bo inaczej może się całość zważyć!!!) Gdy całe mleko już wymieszaliśmy, dodajemy cukier waniliowy i ubitą pianę w białek. Możemy dodać też według uznania orzechy, rodzynki, migdały. Potem szybko rozdzielamy ciasto na 2 części. Pierwszą - białą można od razu wylać na blachę, a do drugiej, pozostałej w misce dodajemy kakao i mieszamy. Następnie kakaową masę wylewamy na białą - mleczną. Na wierzchu możemy albo od razu wylać galaretkę i pozostawić w lodówce całe ciasto do zastygnięcia, albo na kakaową masę kładziemy jakieś owoce - według uznania, kto co lubi i potem zalewamy całość galaretką. I na koniec wkładamy do lodówki:)

     Ciasto pyszne, lekkie, bardzo smakuje dzieciom, choć wiadomo, że nie każdy lubi orzechy, czy rodzynki, więc można zrobić to ciasto bez takich dodatków i też będzie pyszne. Dobra rada - ten cukier z palmą i żółtkami ręcznie uciera się dosyć długo. Jeśli ktoś nie lubi takiego "wysiłku", można dać zamiast cukru - cukier puder:) Od razu mieszanie idzie szybciej;)  I jeszcze jedno - jeśli będziemy robić to ciasto w za ciepłym pomieszczeniu, to też może się ciasto zważyć!! Widząc, ze ciasto właśnie nam zaczyna się ważyć - wyjdźmy z nim szybko do chłodnego pomieszczenia, a nawet na dwór! Uda się je uratować. Ja tak zrobiłam w sobotę, bo za ciepło w domku było! A tu efekt - mój placek mleczny z orzechami:)




            Smacznego !!!

czwartek, 13 lutego 2014

Karmniki i stojak.

      Jak pisałam już wcześniej o karmniku, to wspomniałam, że mamy nowy karmnik. Ten nowy zrobił dla nas dziadek Jan. W końcu wzięłam się za sfotografowanie go. A zmobilizowałam się do tego, bo nasi przyjaciele zamówili sobie taki sam karmnik od dziadka Jana. No to obfotografowałam oba.



 


 Jak widać Aza też była zainteresowana karmnikiem lub chęcią bycia na zdjęciu;)
 









 Jest i gwóźdź do zawieszenia jakiegoś smakołyka dla ptaszków. Ja miałam zawieszone wcześniej kulę z ziarnami - jest zjedzona:) 












     A ostatnio do karmnika dla naszych przyjaciół mój mężu wykonał sam stojak. Niby takie proste, a ja bym nie wpadła nawet na taki fajny pomysł.  Już się chwalę;) Dodam tylko, że zaprezentowany tutaj karmnik, jest nasz - bo znajomi swój już od nas dostali;) 





I jak Wam się podoba? Zarówno pytam się o karmniki jak i o stojak! ;)

poniedziałek, 10 lutego 2014

Kolejne zdobycze;)

      Zacznę od pochwalenia się cudem. Cudem, które wykonała dla mnie na zamówienie Ulka z blogu lacusie . Zresztą zobaczcie i sami oceńcie. 















                                     Tu solenizantka ze skrzyneczką, do której będzie chowała spineczki, gumeczki, wisiorki i bransoletki:):) Oby się wszystko zmieściło;) 
Ulka - raz jeszcze ogromniaste dzięki! Oczywiście w wolnej chwili zaglądajcie do Ulki, bo ona śliczności sama robi i to własnoręcznie. lacusie

     A teraz pochwalę się ostatnimi zdobyczami:) Więc u MINII z blogu MINIOWE SZCZĘŚCIA TRZY udało mi się w jej rozdaniu wygrać - a co? Hmmm... A to!

Piękny napis, który będzie zawieszony - jeszcze nie jest, ale miejsce upatrzone jest! Tylko w chwili obecnej upatrzone miejsce jest zajęte, jak się zwolni, to napis zawiśnie i będzie czarował swym urokiem:) MINII dziękuję Tobie raz jeszcze i muszę tu napisać, że jak przesyłka dotarła, to synkowie dopytywali A KTO TO PREZENT TAK ŁADNIE ZAPAKOWANY DOSTAŁ??? Spodobał im się bardzo papier w który miałaś zawiniętą przesyłkę:) 

         A najnowszym naszym nabytkiem jest nagroda z Rossmanna. A dokładnie wygrałam go na stronie  www.rossnet.pl . Najbardziej z tej nagrody ucieszyli się synkowie - bo cała nagroda jest ICH:) 
Pięknie zapakowane, dodatkowo zabezpieczone było w folii, więc nic nam nie wypadło podczas transportu do domku. 

      I tak na koniec to chciałam Was jeszcze zaprosić, ponownie zaprosić na rozdanie, a w sumie to na dwa rozdania u ZEBRY :
1. Rozdanie, które kończy się 22 lutego 2014r. NIETYPOWE ROZDANIE. Sponsorem nagród jest Zebra;)


 2. Rozdanie, świeżynka, kończy się 20 marca 2014r. KONKURS-ROZDANIE-WULKAN . Tu Zebra zaprosiła jako sponsora HOBBYHOUSE.  Nagrody są cudne;)



środa, 5 lutego 2014

Kolacja dla wybrednych;)

     Moi synkowie są czasem tak wybredni, że aż nie mogą się zdecydować co chcą zjeść na śniadanie czy na kolację. I tak właśnie powstały dwa różne dania dla naszych wybrednych smyków.


    Może to nic specjalnego, nic wyszukanego, ale synkowie sobie zażyczyli. I tak dla Ksawka porcja z prawej strony. Dla Patryka porcja po lewej stronie. Czyli ziemniaczki, które zostały się od obiadu, zostały podsmażone, następnie na oliwie z oliwek zostały podsmażone dwa plasterki kiełbasy i te pięknie wyglądające plasterki cebuli, mmmmm... pycha. Na koniec, na małej kropli oliwy z oliwek został tak jakby zgrilowany suchy chlebek ( można po prostu podsmażyć na prawie suchej patelni). Szkoda tylko, ze nie zdążyłam synkom cyknąć fotki jak szamali to:) Za to zadowoleni byli bardzo:) A to najważniejsze. 

poniedziałek, 3 lutego 2014

To dlaczego mam myć zęby??

       Niedziela wieczór, ok godziny 23.00. Położyłam się do łóżka, a małżowinka moja wracała ze spaceru z pieskiem do domku. Ledwo wszedł do korytarza, krzyknęłam by do mnie przyszedł. No i przyszedł. Stoi w drzwiach a ja mówię:

 Weź Kochanie umyj zęby i chodź wkropisz mi te krople do oczu!

 Na co mąż wytrzeszczu dostał, patrzy na mnie i pyta się:

 To niby dlaczego mam zęby umyć?

 Przyznam się szczerze i bez bicia, że od razu nie zajarzyłam co on do mnie mówi? A potem oboje śmialiśmy się z mojej głupoty! Ale mąż grzecznie poszedł do łazienki, ręce umył i potem kropelki wkropi mi do oczu:) 

sobota, 1 lutego 2014

Propozycja na śniadanie lub na kolację.

      Moja rodzinka uwielbia smażony chlebek, wiecie - taki obtoczony w jajku i usmażony! Rewelka!  Ostatnio mężu poprosił mnie, abym wykonała jajko sadzone dla Ksawka ale w innej wersji! Hmm... w innej, tylko w jakiej?! Ale mężu skrupulatnie mi wyjaśnił jak on to danie widzi i oddałam jego wizję w realu:) 

     Tak więc do jajka w chlebku potrzebujemy jajka i kawałka chlebka, dodatkowo sól, pieprz do przyprawienia, oczywiście olej do smażenia + patelnia;)

     W kawałku chlebka wybieramy cały środek, tak by została sama kromka.



       Tak przygotowany chlebek - dokładnie kromeczki, wrzucamy na rozgrzaną patelnię z olejem.



      Możemy podsmażyć i przewrócić, ale ja akurat wolę bez przewracania. Następnie w wyskubany środek kromeczki wlewamy rozbite jajko. Jak widzicie w jednej kromeczce mężu poprosił o plasterek pomidorka i cebulki, bo chciał przetestować, ajk będzie smakowało:) 

  Oczywiście solimy i doprawiamy pieprzem jak ktoś lubi. 


  Ja podczas smażenia polewałam zarówno jajko jak i kromkę gorącym tłuszczem - łyżką, żeby ktoś nie myślał, że może ręką, hi, hi:)


    Dwa jajka w kromce dla Ksawka gotowe:)


                      + jedna dla taty;)



    A tu zadowolony Ksawek wsuwa swoją kolację;) Uważam, że to jest super pomysł na śniadanie jak i na kolację czy podwieczorek. O ile ktoś lubi jajka:) Bo u nas Pati nie przepada, więc on wolałby smażony chlebek - ten maczany w jajkach:):) Hi, hi:) Smacznego:)