poniedziałek, 31 marca 2014

W Krainie Kinder Niespodzianki.

      Jak Wam minął weekend? Nam suuuuuper;) Byliśmy w Gdańsku w Krainie Kinder Niespodzianki. KRAINA KINDER NIESPODZIANKI 

     Ale od początku. Najpierw pojechaliśmy po moją bratanicę Olkę, bo i dla niej ta atrakcja miała być. Czyli było nas pięcioro: mama, tata, nasi dwaj synkowie i bratanica. Ekipa w komplecie. Wyjazd ok godz. 14.30, a wejściówki mieliśmy na 17.00. No i byliśmy przed czasem - ale panie nas wpuściły bez problemu. Czyli bawiliśmy się od 16.20 prawie do 20.00. Ale na samym wejściu Ksawek wszedł, rozejrzał się i stwierdził, że tu nie ma nic ciekawego dla niego! Hmmm... no niby nic nie było, a potem problem był z powrotem do domku. Nasza Oleńka też z początku tu nie chce iść, tam też nic się nie dzieje jej zdaniem ciekawego, ale potem rozkręciła się i bawiła na maksa:) Dzieci nie skorzystały z wszystkich atrakcji, bo stwierdzili, że niektóre są mało ciekawe, ale staraliśmy się i tak wykorzystać czas zabawy na maksa! A było co tam robić: składanie tekturowych samochodzików lub kucyków i kolorowanie ich, różne maszyny - komputery na których można było albo grać w gry, albo malować paluszkiem obrazki, albo jeszcze inne rzeczy, poza tym można było spróbować malować wielkimi - chyba półtora metrowymi kredkami!, malowanie buziek, zabawa w kulkach, można porzucać frisbi, były też konkursy, ach no działo się!!! Zresztą zobaczcie naszą małą fotorelację;)

















































































































































































































     Jak widać, my bawiliśmy się super, dzieci brały chętnie udział w konkursach i odbierali nagrody, chętnie się bawiły i próbowały swoich sił w różnych konkurencjach, choć wydaje mi się, że najbardziej przypadło do gustu dzieciom frisbi! Najchętniej wołali: CHODŹMY JESZCZE RAZ PORZUCAĆ SOBIE FRISBI! No i szliśmy:) Więc kiedy zbliżała się godzina 20.00 i czas było wracać do domku, dzieci były jeszcze zaaferowane zabawą, ale było już późno to i też zbieraliśmy się. W końcu czekał nas jeszcze półtoragodzinny powrót do domku:) Wiecie, jak to cieszy, kiedy zrobi się takim wyjazdem dzieciom niespodziankę, a dzieci są mega szczęśliwe?! :):):):):):):):):):):):):):):):):):):)

środa, 26 marca 2014

Saga "Zmierzch" Stephenie Meyer przeczytana!

     W niespełna miesiąc, dokładnie w 23 dni udało mi się przeczytać całą sagę "ZMIERZCH" Stephenie Meyer. Sama nie wiem, jak mi się to udało, biorąc pod wzgląd, że wszystkie książki mają po 400, 500, a nawet 700 parę stron.


     Wiadomo, ze jakby człowiek przysiadł tak porządnie do tych książek, to pewnie w 2-4 dni można było by i przeczytać te książki,a le w końcu mam też inne obowiązki - dzieci, mąż, dom, nasze zwierzaki:)  Jednak mogę powiedzieć z ręką an sercu - wciągnęła mnie na maksa ta saga.

























     Oglądałam już kilka razy filmową wersję tej sagi - choć bez ostatniego odcinka jak do tej pory. I zawsze miała ogromną chęć przeczytać książki z tej serii. Udało mi się! I jestem z siebie dumna! 

     Pierwszą i drugą książkę wciągnęłam prawie w kilka dni. Jakoś tak przygody Belli mnie ciekawiły - choć niby znałam je z filmu, ale książka to inna bajka! Czyta się mega ciekawie, jest się ciekawym - co dalej?! W głowie trochę rzucały mi się porównania poszczególnych scen z filmu, z tymi z książki. Już wiem jakie są różnice pomiędzy jednym a drugim, ale jest też dużo dokładnie tego samego.  Ach... żeby mnie zrozumieć, trzeba przeczytać całą sagę i obejrzeć filmy.  Ale nie wiem czemu, przy 3 tomie, dokładnie przy "Zaćmieniu" jakoś początek dłużył mi się. Kilka dni próbowałam przebrnąć przez początek książki, ale w końcu akcja rozkręciła się i wpadłam w dalszy rytm czytania. Za to przy ostatniej części " Przed świtem", byłam już na tyle wciągnięta, że nie umiałam się powstrzymywać przed czytaniem. Jak zaczytywałam się i któreś z moich dzieci mówiło - MAMO ZROBISZ MI KANAPKĘ? Odpowiadałam TAK, TAK, TYLKO DOCZYTAM DO KOŃCA TEJ STRONY I JUŻ IDĘ! Oczywiście szybko doczytałam do końca strony tej, następnej strony i kolejnych kilku jeszcze, aż synio znów przypominał mi czy pamiętam o kanapce. Więc z niechęcią odkładałam książkę i szłam do obowiązków:) Podejrzewam, że ostania książka tak mega mnie wciągnęła, ponieważ nie widziałam ostatniej części filmu. Teraz już jestem gotowa ją obejrzeć.  



     A Was zapraszam do czytania - zarówno tej sagi, jak i w ogóle do czytania. Jeśli tylko znajdziecie chwilkę, to usiądźcie z książką w dłoni i do czytania zapraszam:) A saga "Zmierzch" kończy się bardzo fajnie i ciekawie, trochę zaskakująco ale happy endem:) A to lubię w książkach. Tym bardziej z miłą chęcią miała bym marzenie, aby autorka napisała dalsze losy bohaterów tej serii, najbardziej interesują mnie dalsze losy Jacoba i Renesmee. Ach jak cudnie było by przeczytać dalsze ich losy. Może Stephenie Meyer kiedyś je napisze;) 

poniedziałek, 24 marca 2014

Wkurzona matka kontra łobuzy!

     Jeszcze szargają mną nerwy! No żeby tak cały weekend denerwować się, niedzielną nockę zamiast grzecznie spać to rozmyślać co i komu powiem, a od samego poniedziałkowego poranka denerwować się jak uczeń przed sprawdzianem! Ach - cudnie zapowiada się tydzień!

     No dobra, wyrwałam się jak Filip z konopi, chyba czas zacząć od początku. To że od kilku m-cy mieszkamy w nowej miejscowości, to już wiecie, Ksawek musiał od listopada zmienić szkołę i kolegów. Do tamtych kolegów też przyzwyczajał się, ale miał to szczęście, że od początku w klasie był jeden kolega i 2 koleżanki, z którymi był razem w zerówce. Było mu łatwiej. Tu, w nowej szkole nikogo nie znał, a wiadomo, że tutejsze dzieci się już zaadoptowały spędzając razem czas od pierwszych chwil w zerówce. Czyli znają się od ponad roku, a może nawet i dłużej, jeśli są sąsiadami. Bo pech u nas jest też taki, że wokół nas są sąsiedzi, ale nikt z klasy mojego synka, nie mieszka w pobliżu. Są starsze i młodsze dzieci. 

     Wiecie jak to jest, jak NOWY UCZEŃ dojdzie w trakcie roku szkolnego? Ja wiem, bo sama zaczynałam zerówkę nie od 1 września, ale od któregoś października. Dlaczego? Hm... tak wyszło:) Może kiedyś o tym Wam opowiem, ale nie teraz. Wygląda to tak, że wchodzisz do klasy, gdzie każdy każde już zna, a Ty nikogo, ani tych kolegów i koleżanek, ani tej nowej pani! Mało tego, do szkoły, do której teraz chodzi Ksawek chodzą zarówno dzieci z zerówki, ale także dzieci z podstawówki i gimnazjum. Czyli 3 w 1. Na przerwy wychodzą wszyscy razem na korytarz. Na początku, kilka tygodni było ok. Potem synio zaczął coś tam bąkać, że a to jeden chłopak go popchnął, a to go tam obraził, czy znów coś innego. Ale ciągle mówiłam mu, że jest nowy, a reszta dzieci już się zna i teraz chcą i jego poznać, a chłopcy jak to chłopcy, chcą może zobaczyć, na ile mogą sobie pozwolić z NOWYM. Skąd ja mogę wiedzieć jak się chłopcy zachowują? Jestem tej drugiej płci, ale z tego co sama obserwowałam podczas chodzenia do szkoły - i to niejednej, zauważyłam, że chłopaki to jednak na nową koleżankę inaczej reagują, a na nowego kolegę też inaczej. W zimie czasem Ksawek wracał z mokrą czapką lub workiem na buty. Kiedy pytałam się dlaczego ma mokrą czapę lub worek, mówił, że znów starsi koledzy jak czekali za autobusem ( bo tak jak mój synek, tak i część uczniów dojeżdża autobusem do i z szkoły), to mu zabrali czapę lub worek z butami i rzucali sobie lub wrzucali specjalnie do zaspy śniegu. Hm... może powinnam już wtedy zainterweniować, ale ciągle tłumaczyłam synkowi, żeby się nie dał, jak co, to ma wołać panią lub pana, bo zawsze z nimi jest podobno ktoś z dorosłych, a jak to nic nie pomorze, to mama pójdzie do szkoły. Ale potem zwykle miał kilka dni spokoju. Więc i mama odpuszczała wizytę w szkole. Potem znów coś się zdarzało, a to napój mu z plecaka zabrali i rzucali sobie nim, a to znów w szatni przeszkadzali mu się ubrać i znów coś zabierali do rzucania. W końcu on już też lepiej znał trochę uczniów i zaczął po imieniu mówić - kto mu się psoci. I tym sposobem dowiedziałam się, że jeden z chłopców jest w 6 klasie i on ma starszych pomocników z gimnazjum! A to ciekawe, że młodszy dyryguje starszymi. Ale posłuchałam od synka jeszcze kilka innych epizodów, trochę więcej tacie zdradził podczas męskiej rozmowy - oj powiem, ze nie liczyłam się z tym, ze aż tyle się tego uzbiera. 

     Jednak w ubiegły piątek wkurzyłam się an maksa! Jak to się mówi - czara ognia się przelała! Czekałam na synka na przystanku i kiedy synek wyszedł z autobusu zapłakany byłam zszokowana, wystraszona, zmartwiona. No sama nie wiem, co wtedy jeszcze poczułam. Od razu, jeszcze jak autobus stał, to chciałam dowiedzieć się co się wydarzyło, ale tylko płakał i pokazywał, ze jedno ranię łącznie z łopatką go bolą. No to wzięłam od niego plecak i szliśmy powoli do domku. Dopiero w domku powiedział, że boli go to ramią i łopatka, no i głowa. Kiedy dopytywałam się od czego go to wszystko boli, to powiedział, że w autobusie siedział z tym chłopcem z 6 klasy i jak tylko dosiadł się do niego, to zaraz z boku drugiego usiadł starszy chłopak z gimnazjum. No i zaczęli pchać się an niego - wiecie Ksawek siedział pośrodku i oni go zgniatali z obu stron. No to powiedziałam, ze maił wołać panią, bo przecież zawsze ktoś dorosły jeździ z nimi autobusem, to mi powiedział, ze tak mocno go ściskali, że nie mógł oddechu złapać! .............................. Jak już uspokoiłam się, to synio leżał w łóżku i dochodził do siebie, wstał może po godzinie i powiedział, że już go nic nie boli. Ulżyło mi! Ale nie do końca, bo sobie myślałam nad tym, żebym tylko wytrzymała do poniedziałku, bo muszę to od razu zgłosić w szkole! Skoro w piątek dzieci się już rozjechały do domów, a ja nawet nie wiem gdzie kto mieszka, to i tak nie ma sensu myśleć nad wizytą u rodziców tych łobuzów. U nas autobus dowozi dzieci z kilku różnych miejscowości. Ksawek cały weekend żalił się na tych chłopaków, trochę na kolegów z klasy też, bo podobno niechętnie się z nim bawią na przerwach - nie wiem dlaczego, ale mówi, że oni wolą się bawić w swoim gronie, a jeden jeszcze nazywa Ksawka czasem ŚWINIĄ. Chciałam i o tym dziś wspomnieć, ale jakoś wyleciało mi to z głowy. Ale co się odwlecze, to nie uciecze! Nadrobię to może nawet na wywiadówce, wtedy będzie szansa, że od razu mama tego chłopca usłyszy, jak jej synek mówi do mojego! No i parę razy wspomniał, że chciałby zmienić szkołę! No ale z tym to nie da rady i już mu to tłumaczyłam. Oby zrozumiał, ze to nie takie proste!

     Skupiłam się jednak bardziej na tych starszych łobuzach. Rano sama odwiozłam Ksawka do szkoły i zaczekałam pod klasą na wychowawczynię. Ledwie zaczęłam mówić o co mi chodzi, pani poprosiła o chwilę i zawołała do nas panią pedagog. Przy obu paniach wyjaśniłam co się wydarzyło w piątek w autobusie, no i co mnie denerwuje z tą trójką starszych łobuzów! Przejęła mnie pani pedagog i zrobiłyśmy małą rundkę po szkole. Najpierw do klasy tego 6-klasisty. Ten trochę się przyznał, ale nie do wszystkiego, przy okazji wydał nie 2 a 3 inne imiona kolegów co to niby się mojemu pierworodnemu psocili. A więc po rozmowie z nim, poszłyśmy do następnej klasy, z niej wyszedł chłopiec z 3 klasy gimnazjum. Ten też trochę się przyznał, ale nie do wszystkiego, zwalał na kolegów, że to oni, nie on i takie tam. Następnie pani pedagog z jeszcze innej klasy, chyba z 1 gimnazjum poprosiła 2 następnych chłopców, ale dołączył jeszcze jeden, bo koledzy go wsypali! Wiecie, aż śmiać mi się chciało, że tak jeden drugiego wsypuje! A Ksawek wspominał tylko tych 3. Czasem mówił, że inni też mu się psocą, ale ta trójka była najgorsza! No i tym sposobem rozmowa z 5 chłopców, obietnica pani pedagog, że będzie miała ich na oku i sobie jeszcze z nimi porozmawia na osobności. Poza tym poprosiła mnie, abym powiedziała Ksawkowi, że jakby nie daj Boże oni jeszcze coś mu mówili czy zrobili, ma od razu iść do niej, do pani pedagog i ona to załatwi! 

     Wyszłam ze szkoły zdenerwowana, zła, bo najchętniej zamiast słuchać jak pani pedagog rozmawia po kolei z tymi uczniami, sama bym im wygarnęła, ale ok, tym razem niech było po jej myśli, bo następnym razem - choć chciałabym, żeby następnego już nie było, pójdzie do szkoły tato. A wtedy nie będzie tak spokojnie! Bo tato się tym wszystkim przejął bardziej niż mama i najchętniej, to chyba by sobie na osobności z tymi łobuzami pogadał :) No ale wytłumaczyłam mu, że nie tędy droga! Najpierw dyplomacja, a potem ... potem się zobaczy! Ale powiem szczerze, że mi ulżyło, że wygadałam się, że wiedzą, że jest taki problem, że nie próbowali mnie w szkole uspokajać, że to niby nic takiego, albo, że może Ksawek sobie coś wymyślił. Nic z tych rzeczy. Krótko i na temat! Zresztą nie mam wprawy w takim postępowaniu, synek od niedawna chodzi do szkoły, a z takimi nieprzyjemnościami mam pierwszy raz do czynienia. Ale wydaje mi się, że pani pedagog fachowo się do tego zabrała i oby nie zbagatelizowała teraz tej sprawy! Niech nauczyciele mają na przerwach oko na starszaków, czy nie spocą się tym młodszym! Już nie mogę się doczekać powrotu synka ze szkoły i jego relacji, czy czasem już dziś któryś z prześladowców mu czegoś nie zrobił lub nie powiedział! Bo jeśli tak, to na mur beton, w środę tato będzie w szkole!

piątek, 21 marca 2014

Wypad do kina - BEZ DZIECI!!!

     Od dosyć długiego czasu marzył mi się wypad do kina tylko z moim mężem. BEZ DZIECI I KONIECZNIE NIE NA FILM DLA DZIECI TYLKO NA JAKIŚ FILM DLA DOROSŁYCH! I jak tylko mężu usłyszał, że w kinach będzie film "KAMIENIE NA SZANIEC" od razu powiedział do mnie, że z chęcią by na to poszedł. Trzeba było tylko zaczekać cierpliwie, aż w Kościerzynie w kinie będzie ten film. 


     W poniedziałek mężu wrócił z pracy i powiedział, że nasi przyjaciele też chcą iść na ten fil i może poszlibyśmy razem do kina? Czemu nie! Tylko co z naszymi dziećmi? We wtorek telefon - rozmowa dotyczyła znów naszego wypadu do kina, ale nie rozmawiałam z mężem;) I ustaliliśmy, że jedna z babć dzieci naszych przyjaciół będzie pilnowała i swoje wnuczki i naszych synów. No skoro wszystko ustalone, to tylko czekać na seans:)

      I tym sposobem - wczoraj właśnie byłam w kinie z mężem i naszymi przyjaciółmi. Poza nami i kilkoma dorosłymi jeszcze była spora grupka młodzieży szkolnej na tym filmie. Wiadomo, że "Kamienie na szaniec" to lektura ze szkoły, to i młodzież przyszła obejrzeć lekturę na wielkim ekranie. Powiem Wam szczerze, że ja już sporo widziałam - chodzi mi o filmy, widziałam też zdjęcia męża z misji - nie wszystkie, bo do dziś mi wszystkich nie pokazał, ale kurcze film wywarł na mnie wrażenie! Tak pokazali realistycznie tę młodzież walczącą, że aż łezki mi się puściły. A kiedy popłakałam sobie troszkę? Głównie wtedy, kiedy Rudy już taki był potorturowany, że aż zmarł. Całe jego torturowanie oglądałam z poważną miną, wielkimi oczyma i momentem na zatrzymanym powietrzu w płucach! Ale żal mi było, ach strasznie żal, że zmarł. Chociaż z tymi jego obrażeniami, to pewnie i tak by się nie wylizał. Ale było mi smutno, że ten młody chłopak, młody mężczyzna zmarł, a miał przecież całe życie przed sobą. 

     Film mega fajny, przede wszystkim POLSKI, opowiadający o naszej historii, pokazujący patriotyzm ale i przyjaźń - piękną przyjaźń. Kto widział, ten wie o czym piszę, a kto nie widział, nich obejrzy!

środa, 19 marca 2014

Książki Holly Webb.

     Uwielbiam książki. Sama dużo czytałam i dalej staram się czytać. Jeszcze nie będąc w ciąży, nawet jeszcze nie planując pierwszego bobasa, zdarzało mi się kupić jakąś książeczkę dla dzieci. Oczywiście jak już miałam urodzone pierwszego synia, to już w ogóle moje hamulce względem kupowania książek puściły! Do dziś lubię kupować książki moim synkom i nie tylko nim. I tym pewnie właśnie sposobem uzbierała nam się niemała kolekcja książek. Ale nie tylko kupuję im książki, także im je czytam. A przynajmniej kiedyś dużo im czytałam, teraz mniej, ale staram się im czytać.

     I tak właśnie uzbierała nam się malutka kolekcja  książek dla dzieci brytyjskiej autorki -  Holly Webb. 



     

     A teraz małe przedstawienie książek;) Zacznę od "Szczeniaczek spełniający życzenia". To jest książka z serii Magic Molly. 





     Rysunki są takie jak widać, nie ma nic kolorowego w tych książeczkach. Ale pismo czytelne, wyraźne i szybko się czyta. Przynajmniej mi;) 
" Molly ma magiczne zdolności - potrafi rozmawiać ze zwierzątkami! Pewnego dnia do gabinetu taty Molly trafia szczeniaczek o imieniu Gwiazdka. Piesek jest wyjątkowy, ponieważ potrafi spełniać życzenia. Ale grozi mu utrata czarodziejskiej mocy. Aby temu zapobiec, musi odnaleźć swoją zagubioną siostrzyczkę. Czy Molly będzie umiała pomóc pieskom? Trzeba jak najszybciej odnaleźć siostrę Gwiazdki!"

     Drugą książkę jaką Wam przedstawię jest " Znikający króliczek". 



     "Na urodzinowym przyjęciu swojej siostrzyczki Molly poznaje magika. Fantastyczny Feliks wyciąga z kapelusza małego króliczka, który jednak bardzo dziwnie się zachowuje. Nie dość, że wciąż ma czkawkę, to na dodatek cały czas znika. Żeby uniknąć kłopotów, Molly musi jak najszybciej odnaleźć psotne zwierzątko." 

     Teraz zwykła wersja opowiadań o zwierzątkach - bez magii:) I tak przedstawiam Wam książkę " Samotne święta Oskara." 


  
     " Hania zawsze marzyła o psie i wprost nie może uwierzyć we własne szczęście, gdy rodzice się na to zgadzają. Cieszy się tym bardziej, że decydują się na dalmatyńczyka, a to Hani ulubiona rasa psów. Mały Oskar bardzo szybko przyzwyczaja si do nowego domu i wprost przepada za Hanią. Zbliża się jednak Boże Narodzenie, a dziewczynka przygotowuje się do występu w jasełkach, i często chodzi na próby, więc ma coraz mniej czasu na długie spacery i zabawy ze szczeniaczkiem. Oskar jest bardzo osamotniony i bardzo smutno. Nie rozumie, dlaczego Hania nie ma dla niego czasu. Czy już go nie kocha?"

     No i nasza ostatnia pozycja kolekcjonerska to "Smyk, uprowadzony szczeniak".


   
     "Smyk, mały labrador, to najwspanialszy prezent, jaki Milena kiedykolwiek otrzymała! Piesek i dziewczynka bardzo szybko zostają najlepszymi przyjaciółmi i Milence jest smutno, kiedy musi wrócić do szkoły i zostawić pupila samego w domu. Gdy pewnego popołudnia ktoś podstępem  kradnie Smyka z ogródka, Milena szaleje z niepokoju. Chce za wszelką cenę odzyskać ukochanego psiaka. Ale w jaki sposób ma go odnaleźć, kiedy nawet policja nie do końca wierzy w to, że uda się wpaść na trop porywaczy?" 



      Jak widać, nasza kolekcja składa się tylko z 4 książek. Ale i tak jestem z tej kolekcji zadowolona. Książki są o zwierzątkach, bardzo fajnie napisane, czyta się lekko i przyjemnie. Choć wydaje mi się, że moje dzieci są jeszcze za małe do tego typu książek. Dlaczego? Bo nie udaje mi się im przeczytać całej książki od razu, no bo za długo to trwa i oni się nudzą, co się wiąże z tym, że nie słuchają mnie już po kilku stronach. Możliwe, że dla nich w tych książkach za mało się dzieje. Chyba woleli by książki z większą akcją lub po prostu tego typu książki bardziej przypadają dziewczynkom niż chłopcom. Ale nie szkodziło kupić je, poczytać im i przekonać się. Jakby co, to może za jakiś czas - kiedy sami już będą dobrze czytać, wrócą do tych książek i sami je przeczytają. A jeśli ktoś byłby zainteresowany jakie książki, o jakich bohaterach i ich przygodach napisała jeszcze Holly Webb, to zerknijcie choćby tutaj na stronę EMPIK . Wybór przeogromny - dla każdego coś fajnego, zarówno z tej zwykłej serii, z tej magicznej, jest i seria książeczek dla najmłodszych - zresztą jak co, to zapraszam do zapoznania się z szerokim wyborem. 

poniedziałek, 17 marca 2014

Moja druga pasja - roślinki.

     Lubię kwiatki, najlepiej te doniczkowe i oczywiście kwitnące. Mam w domku wszystkie parapety zajęte przez doniczki z kwiatkami. Ale mam i kwiatki, które nie kwitną. Jak mi się taka roślinka podoba, to kupuję, bądź u kogoś " podwędzę kawałek", wsadzam w domku do doniczki i rośnie;) 
     I dziś chciałam Wam pokazać, że na moich parapetach nie tylko kwiatki teraz stoją. Ale zacznę od pokazania moich Amaryllisów. Jakie piękne pączki mają:) Później Wam pokażę jak kwitnąć będą;)




     Kochaniutka też chciała być na zdjęciu:) Choć nim się przyszykowałam z aparatem, to chyba już była trochę zdenerwowana i prawie mi czmychnęła;) Ale złapałam ją jeszcze na fotce;) Poza tym, ona tam ma swoje miejsce, gdzie przesiaduje;)



      A teraz moje roślinki. Czas się nimi pochwalić, bo tak ładnie kiełkują i rosną:):) 

                                       pomidorki

                              Prawda, że pięknie rosną:)

                  A tutaj jest papryka:) Słodka papryka.





     A tutaj moje truskaweczki pnące. Na razie rosną sobie w doniczce. Później przesadzę je do ogrodu. Chciałam jeszcze raz podziękować Kasi z blogu Kreatywna Mama , bo to od niej mam te sadzonki:) Zobacz, wrzucam porównanie - pierwsza fota zaraz po wsadzeniu do doniczki, jak doszła przesyłka, a następnie dzisiaj cyknięta fotka:)




     Widać, ze się przyjęły:) Jeszcze raz dzięki za flance:):) Buziaki Kochana:) A tutaj focia w sumie na razie pustej doniczki, w której zasiany jest rozmaryn. Ciekawe kiedy wzejdzie:)

     No i tak an koniec, klimacik wiosenny - hiacynt w doniczce u mnie w pokoju:) Ależ on pachnie!!!