wtorek, 29 lipca 2014

"Wędrowiec" i "Zemsta wędrowca" Col Buchanan.


     Kolejne książki jakie wypożyczyłam z biblioteki, to "Wędrowiec" i "Zemsta wędrowca" Colina Buchanana. Od razu zaznaczam, że te dwie książki wybrał mi Patryk - bo był wtedy w bibliotece ze mną, a spodobały mu się obrazki an okładkach. Pierwszy i ostatni raz pozwoliłam wybrać synkowi książki dla mamy! Męczyłam je okropnie!



     Zacznę od książki "Wędrowiec". 


     "Uczeń i mistrz bractwa asasynów w świecie krwawej wojny imperiów.
Od pięćdziesięciu lat Święte Imperium Mann podbija kolejne narody. Tylko mercjańskie Wolne Porty wciąż opierają się jego potędze. Potężne mury Bar-Khos już dziesięć lat odpierają ataki imperialnej Czwartej Armii, która jednak wkrótce przełamie obronę... 
Młody Nico nie przeczuwa, jakie zadanie wyznaczył mu los. Mistrz elitarnego bractwa asasynów wybiera go na swego ucznia, który dopomoże mu dokonać zemsty na bezlitosnej władczyni Imperium. Obaj wyruszają na straceńczą wyprawę w samo serce konfliktu, by zwyciężyć lub zginąć..."

     Przyznam się szczerze, że pierwsze niecałe chyba z 80 stron wlekły mi się jak flaki w oleju. Potem było trochę akcji, nawet głównego bohatera - Asha zdążyłam polubić, jego ucznia też:) Potem znów trochę nudy, trochę akcji i tak w sumie cała książka. Choć nie powiem, końcówka książki mnie zaskoczyła - najbardziej to co stało się z Nickiem. A co się stało? Przeczytajcie książkę, żeby się dowiedzieć! Jednak stary Ash zyskał w moich oczach, za swoje dalsze postanowienie! 


     Teraz druga część " Zemsta wędrowca".


     " Ash, mistrz elitarnego bractwa zabójców, i jego młody uczeń Nico wyruszyli w Wędrowcu na samobójczą misję, z której powrócił tylko jeden z nich. Pchany gniewem i rozpaczą Ash podejmuje samotną wędrówkę do Bar-Khos, jedynego miasta, które nie uległo jeszcze brutalnej sile Imperium Mann. Jego mury oblega cała imperialna armia. Dowodzi nią osobiście bezwzględna władczyni Imperium. Tu właśnie Ash  zamierza przeprowadzić swój plan. Lecz jego misja nie jest już misją bractwa i żeby ją wypełnić, będzie musiał sprzeniewierzyć się wszystkiemu, o co walczył przez całe życie..."

     I naprawdę myślałam, że druga część bardziej mnie wciągnie. Jednak tak samo ciągnęła mi się jak i pierwsza część. Nuda, trochę akcji, nuda, trochę akcji, itp. Jednak byłam mega ciekawa oczywiście zemsty, jaką postanowił wykonać Ash. Chyba dlatego postanowiłam zmęczyć tę książkę. I doczytując już końcówkę książki miałam wrażenie, jakby mi brakowało trzeciej części z tej serii:) Nie wiem dlaczego?! Może po części dlatego, że tak trochę byłam ciekawa, co też dalej się wydarzy z Ashem, z jego kompanami - tymi starymi, ale i tymi nowo poznanymi, a tu w sumie nic się nie wyjaśniło.

Hmmm... Przeczytajcie, jeśli chcecie wiedzieć o co mi tu chodzi :) Może Was bardziej nawet wciągną te dwie książki niż mnie:) Jednak PRZECZYTAŁAM obie w całości:) I nie żałuję:) 

poniedziałek, 28 lipca 2014

Fasolka szparagowa.

     Przywiozłam sobie od mamy trochę fasolki szparagowej, dorwałam jeszcze trochę mojej z ogrodu i potem czekała mnie praca z wekowaniem jej:) Ale że ja lubię zaprawy, to dla mnie to nie jest jakieś mega wyzwanie, tylko przyjemność:)



     Więc najpierw poobcinałam końcówki fasolce, potem ją umyłam i następnie część w całości powkładałam do słoików, a część pokroiłam i włożyłam do słoików:)Potem zrobiłam zalewę z wody i soli. W sumie to ja robię taki proporcje: na 2 litry wody łyżka soli. Jeszcze smakuję ją, aby za słona mocno nie była, bo przecież nie chcę kisić fasolki, tylko przygotować ją do zupy czy innego dania. I tą zalewą zalewamy fasolkę w słoikach, obcieramy słoiki na sucho i nakrętki, zamykamy słoiki i potem na bardzo małym ogniu gotujemy w kociołku. Co do gotowania, to ja słoiki gotuję ok 1,5 godziny (liczymy od momentu bulgoczącej wody), ale można i ze 2 godziny gotować. To zależy czy chcemy mieć fasolkę jeszcze ździebko twardawą, czy całkiem mięciutką:)


      Taką w całości, to najczęściej podaję choćby jako ciepły dodatek do mięsa, ziemniaków i sosu. Wystarczy taką gotową fasolkę podgrzać w garnku z tą wodą ze słoiczka i potem wyłożyć ją na miseczkę - można polać podsmażoną bułką tartą:)


     Natomiast taką pokrojoną, to mam do zupy fasolowej. Takie małe uproszczenie - bo od razu wrzucam ją do garnka z prawie gotową zupką, tylko chwilę pogotuję, by fasolka się podgrzała i gotowe:)Czasem taką pokrojoną dodaję też do lecza, nawet do spaghetti czy do zapiekanki. 


     
     PYCHA:)

piątek, 25 lipca 2014

Patryk i rower.

     Jakoś w maju postanowiłam Patrykowi w jego rowerze odkręcić boczne kółka i chciałam, żeby nauczył się normalnie jeździć na nim. Oczywiście nie szło to po mojej myśli. Patryk jak pedałował, to nie patrzył gdzie jedzie tylko spoglądał na swoje nogi i nie utrzymywał równowagi na rowerze. Jak zaczął utrzymywać równowagę, to znów przestawał pedałować - jakby zapominał, że trzeba to robić. Ach... 

     Jakoś byliśmy u mojego brata, który ma córkę w wieku Patryka i on mi powiedział, że jego córcia już nie potrzebuje swojego rowerka, na którym uczyła się jeździć, bo śmiga na normalnym rowerze już. Ten rowerek, na którym ona uczyła się, to malutki rowerek, z którego mój bracki odkręciła pedały i zębatki i powstał "rowerek pchacz" :) Dobry wujcio Patrykowi pożyczył owego pchacza, aby ten się na nim uczył jeździć. 

     Patrykowi od razu nowy rowerek pchacz się spodobał i śmigał na nim nawet goniąc Ksawka:) Oj jak on dawał na tym pchaczu! Jak chciał iść na spacer, to wszyscy mieli iść pieszo, a on zabierał pchacza! Oszust mały :) Przestałam nawet Patrykowi wspominać o normalnym rowerze. Aż w piątek jechaliśmy całą rodzinką nad jezioro rowerami. A Patryk, jako że na rowerze jeszcze nie umie, to jechał na foteliku rowerowym z tatą na rowerze. Tato cosik tam wspominał podczas jazdy, że mu ciężko pod górkę z syniem. No i że synio jak chce jeździć rowerem nad jeziorko, to musi nauczyć się na swoim normalnym rowerku jeździć. 

    I nastała sobota. Mama wzięła się za pielenie ogrodu, Ksawek wziął swój rower i jeździł sobie, a Pati na pchaczu śmigał. W pewnym momencie Ksawek krzyknął: MAMO WIDZIAŁAŚ JAK PATRYK JECHAŁ NA ROWERZE? No niby jak miałam to widzieć, kiedy głowę blisko ziemi miałam, przecież wyrywałam chwasty! Podniosłam więc głowę i zaniemówiłam!!! Patryk nie jechał na pchaczu, tylko na swoim rowerze! Nie wiedziałam nawet, kiedy on go wyjął z garażu, a co dopiero miałam się spodziewać, że on na nim będzie jeździł! I co najlepsze - szło mu super! Jaki on był zadowolony! Od razu chciał się pochwalić tacie, że już umie sam jeździć na rowerze!!! 

     I od tejże soboty - czyli od tygodnia, normalnie przyrósł do roweru! Jak tylko budzi się, to prosi o wyprowadzenie roweru z garażu. I śmiga, z Ksawkiem urządzają sobie zawody - na których ucierpiały moje kwiatki, które rosną pod płotem. A chłopcy muszą i ten kawałek podwórka poobjeżdżać. Ach... Cieszę się, że już Patryś normalnie jeździ, ale niech się trzyma z dala od kwiatów! :)


czwartek, 24 lipca 2014

Mięta - najlepsze taka swoja, ususzona, pycha!

     Nie mogło u nas zabraknąć pod domkiem mięty. Dlaczego? Dlatego, że moi synkowie uwielbiają herbatkę miętową, ale tylko i wyłącznie z suszonych listków taką. Jak raz kupiłam herbatkę miętową w torebkach, to sama ją musiałam wypić - chłopcom nie smakowała. Więc wiosną zakupiłam 4 sztuki mięty - tylko nie pamiętam  jakiej:) Wsadziłam pod domkiem i dbam, by rosła, a kiedy gałązki są dosyć duże - obcinam. Potem robię bukieciki, związuję wstążką i suszę na górze naszego domku. Na górze ciągle trwają prace remontowe, więc musiałam wyszukać takie miejsce, by nie przeszkadzała mięta ani mężowi, ani mąż suszącej się mięcie:)







     Jak widzicie, na dwóch pierwszych zdjęciach widać, jak suszyłam miętę na gazetach, ale wydaje mi się, ze jak wisi, to i szybciej się suszy i wygodniej dla mnie. Wiem, że nikt w nią nie wejdzie, choćby nasza kotka;)  I ostatnio mam tak, że nawet sąsiadka naniosła mi trochę mięty do suszenia, więc jedną zawieszam do suszenia, a drugą ususzoną już chowam do słoików;) Oj będzie niezły zapas mięty:)

niedziela, 20 lipca 2014

Kiszona rzodkiewka.

     Nie nadążamy zjadać naszej rzodkiewki - może dlatego, że tylko mężu i ja ją zjadamy. Dzieciom serwuję rzodkiewkę w przeróżnych sałatkach, ale tak - samej jeść nie chcą. Dodatkowo wkurzyłam się, bo coś - prawdopodobnie mrówki - obgryzają mi rzodkiewki na zewnątrz, a od środka zjadają je robaczki! Nosz kurcze blaszka, dla szkodników rzodkiewki nie siałam! Marudziłam mężowi, że szkoda mi tej rzodkiewki - a ten mi na to, że trzeba by było zakisić lub zakonserwować ja. Wyśmiałam go! Ale potem, na spokojnie przejrzałam mają magiczną książkę z przetworami i znalazłam przepis na KISZONĄ RZODKIEWKĘ:) 

     Tak więc podzielę się z Wami tym przepisem:)

1 kg rzodkiewek
na każdy słoik 300 - 400 ml:
łyżeczka suszonych nasion kopru lub kawałek łodygi kopru z nasionami; można dodać szczyptę ziaren kminu (ja kminu nie dałam ),

zalewa: 
na 1 litr wody czubata łyżka soli do przetworów

Z rzodkiewki odciąć łodyżki, ogonki zostawić, umyć i osączyć. Do słoików włożyć przyprawy i rzodkiewki, niezbyt pełno. Zagotować wodę z solą i gorącą wodą zalać wypełnione słoiki, mocno zakręcić , odwrócić do góry dnem i zostawić do wystygnięcia, po czym znów odwrócić i po 2 tygodniach wstawić w chłodne miejsce. 
Używać pokrojone w cienkie plasterki do mięs, ryb lub koreczków z serkiem pleśniowym.

P.S. Ja akurat zastosowałam się do wszystkiego, poza tym, że z rzodkiewki odcięła całe łodygi, ale i też ogonki. A to dlatego, ze niektóre rzodkiewki zajadał robak i jego musiałam wykroić. No co? Przecież taka rzodkiewka też się nadaje do zjedzenia:)







     Jak smakuje? Nie wiem jeszcze, bo dopiero kilka dni w słoikach stoją. Jednak wyglądają ciekawie i na pewno jak je wykorzystam do czegoś, to opiszę to i dam znać - czy warto kisić rzodkiewkę czy nie! A może ktoś z Was też zaprawia rzodkiewkę? Lub taką jadł u kogoś? Dajcie znać i podzielcie się przepisem:)

czwartek, 17 lipca 2014

Słów kilka o tym co nam się spodobało na pikniku - cz. 5:)

     Wiem, że już myśleli wszyscy iż zakończyłam opowieść o tym spotkaniu. Cha, cha, nic mylnego - koniecznie muszę jeszcze opisać, co też ciekawego zobaczyliśmy tam. 

     Koniecznie muszę wspomnieć, że na tym naszym blogowym spotkaniu miałyśmy okazję pić pyszne soki, które dostałyśmy od Słoneczna Tłocznia . Ja co prawda też piłam te soki, ale moje dzieci uuuuuu - ile one go wypiły! Zresztą nie było się co dziwić, skoro taki upał tego dnia był.


     Już tutaj wspominałam o fantastycznej kobiecie - Klaunie Tosi, ale tak mi się podobało, jak ona zajęła się wszystkimi dziećmi, że aż muszę i tu wspomnieć o niej! Bo jakże być może inaczej :) Ma naprawdę kobieta super podejście do dzieci - zresztą nie tylko - dorośli również szybko polubili Klaun Tosię :)



     Do zabawy dla naszych dzieci - znaczy dzieci mam blogujących, otrzymaliśmy kartonową piramidę od http://krainaeko.pl/ . Przyznam szczerze, że patrząc na miny moich dzieci z samego początku pojawienia się piramidy na boisku, nie byli nią mega zainteresowani. Ale widząc zainteresowanie innych dzieci, przełamali się i bawili się super malując piramidę lub chowając się w niej!  Naprawdę super sprawa. Jak co, to zerkajcie na stronkę do nich i sami możecie przekonać się, co tam ciekawego jeszcze mają. 



      A teraz coś, co mi się bardzo podobało i aż żałuję, że w czasie trwania tego właśnie pokazu, stałam w kolejce po losy na loterię:) Ale całe szczęście cały pokaz odbywał się niedaleko tej kolejki, więc także i niedaleko mnie. O jakim pokazie mówię? O pokazie sztuk walki TANTO.  Lubię te klimaty, tym bardziej, kiedy można prawie na własnej skórze odczuć te ciosy:) Szkoda, że nie wzięli ochotników do pokazu - ja zgłosiłabym się pierwsza, albo prawie pierwsza, bo na pewno było by więcej ochotników do tego, aby ktoś na nas coś pokazał lub coś nam wyjaśnił wiecie, tak z nami-na nas:) Ale i tak podobało mi się jak pokazywali sposoby obrony. Oby tylko mi się to nigdy nie musiało przydawać! Tfu, tfu... niech mnie nigdy nikt nie napada! No chyba, że mąż:)








      Oj działo się działo, a wszyscy stali jak zahipnotyzowani na tym pokazie:) Drugi pokaz, na którym wszyscy stali jak zahipnotyzowani - choć z caaaaaałkiem innego powodu, był pokaz firmy KARMELKOWO . Od momentu, kiedy tylko rozstawili swoje stanowisko i rozłożyli swoje produkty śliniłam się, żeby posmakować choć jednego cukierka! Zresztą nie tylko ja! Chyba każdy zajrzał do tego słodkiego zakątka, żeby choćby tylko oczy nacieszyć tymi pięknymi, kolorowymi, słodkimi cudnościami! Mmmmmmmmm... gdyby tak zrobić spory zapas tych słodkości dla siebie, to mój dentysta cieszył by się ogromnie, bo miałby masę roboty naprawiając moje zęby :) Ale, ale, ja nie o tym chciałam. Chciałam Wam napisać, że jak w końcu zaczął się pokaz firmy KARMELKOWO, to dzieci obległy całe stanowisko, a dorośli tyły zapełnili, to jak doczłapałam się, żeby popatrzeć, cyknąc fotkę jedną czy kilka - oj kto by liczył ile ich nacykałam;), to kurcze nie miałam gdzie stanąć! Nagimastykowałam się i w końcu znalazłam dobrą miejscówkę, żeby wszystko widzieć, słyszeć, poczuć ten słodki zapach i smak:) A co! Poczęstowano nas cukieraskiem, takim świeżo wyrobionym, jeszcze cieplusim i oczywiście z przykazaniem NIE GRYZIEMY TYLKO CYCAMY CUKIERKI! Uwierzcie mi - cieszyłam się jak dziecko cycając smakowitego cukierka:) I choć słuchając wykładu pani o procesie wyrobu masy karmelowej i dalszej części - jak, co, do czego i z czym, wydawało mi się, ze to takie proste! Ale nawet nie zamierzam próbować tego w domku! Bo chyba (znając swoje możliwości cukiernicze) bym coś przypaliła! Ale jak ktoś chętny, to nie spróbuje. Potrzeba ok 3 kg cukru, ok kilo syropu glukozowa-fruktozowego no i wodę, to zagotowujemy do rozpuszczenia się składników - oczywiście trzeba często mieszać. No i mamy karmel. Niby - jeśli czegoś nie pomyliłam, bo moja pamięć dobra, ale krótka, hi, hi:) Z tego co pamiętam i widać to na fotkach, to pani potem wylała karmel na stół, dodała kwasku cytrynowego, później jeszcze dolewała barwniki, było to chłodzone, było miętoszone, zagniatane i rozciągane, potem - podobno jak się taką masę rozciąga i zgniata, to zmienia się kolor tej masy! I faktycznie tak było! Z żółtego czy nawet pomarańczowego lub jasnego brązu - kto jak woli kolorek karmelu nazwać, powstał bieluśki! Z czerwonego - różowy! Jak masa gotowa, formujemy wałek duży, potem małe, a z tych małych to już gotowe lizaki można robić lub ciąć wałeczki na cukiereczki:) Jeszcze się oblizuję pisząc o tych wspomnieniach:) Zaraz będę się bardziej oblizywać, bo fotki wstawię i ślinić do nich się będę przed snem:) Dodam jeszcze, że była możliwość samemu zrobić lizaka! Pani miała słodkie wałeczki przygotowane i kto z obserwujących pokaz chciał, to mógł sam skręcić sobie takiego pięknego, słodkiego i dosyć sporego lizaka! Podejrzewam, że wszyscy chcieli by tego spróbować, ale za taką przyjemność trzeba było najpierw 9zł zapłacić. Popatrzeć każdy mógł, no i patrzyli, wszyscy - zauroczeni! Popatrzcie.

































     Na pewno teraz i Wam ślinka cieknie patrząc na te słodkości! Dostałam od pana na tym pokazie próbkę tych cukierków - tak jak szybko ją dostałam, tak też szybko ona zniknęła! Dwóch synków uśmiechnęło się do mamy - mama ich poczęstowała i cuksów nie było! Oj zjadło by się teraz takiego cukiereczka:)