poniedziałek, 29 września 2014

Plastry Compeed na pęcherze.

     Na stronce Sample City zarejestrowana jestem już dosyć długo,  tutaj pisałam o testowanym makaronie, a dziś chciałam Wam przedstawić mój drugi produkt testowy. Otrzymałam do testów plastry na odciski Compeed.



     Moje zdanie jest takie, że nie ważne czy jesteś kobietą, czy mężczyzną - odciski mogą i tak właśnie Ciebie dopaść! Najczęściej z odciskami na stopach walczymy nosząc świeżo zakupione buty. Ale nie tylko. Wiem, że wojskowi często choćby na poligonach muszą w tych ciężkich buciorach wojskowych biegać, skakać, maszerować, po kilka, kilkanaście godzin pod rząd - bez różnicy na pogodę. Uwierzcie mi, po kilku takich dniach odciski dopadają nawet takich twardzieli jakimi są wojskowi. Oj już ja coś o tym wiem:) Ja nie zdążyłam swojemu wojskowemu użyczyć tego plasterka, bo jak na złość obtarłam lekko sobie nogę butami - nowistymi. Plasterek Compeed wygląda bardzo atrakcyjnie w swoim opakowaniu, łatwo się go odkleja, łatwo też przykleja na ranę i spójrzcie jak pięknie wygląda na mojej nodze :) Po prostu zlewa się ze skórą i prawie go nie widać:) Ma extra kamuflaż.


     Coś mi się wydaje, że zaopatrzę nas w większą ilość tych plastrów, tym bardziej, że mają większy wybór. :)


środa, 24 września 2014

Inne, ale ciekawe klocki.

     Znacie Tylko Klocki ? Ja już trochę mam rozeznania co oni tam ciekawego mają w swoim asortymencie. A jak się z nimi zapoznałam? A otóż mam na swojej stronce na FB polubioną ich stronkę  Tylko Klocki FB . Wrzucają tam zdjęcia z klocuchami przeróżnymi: do składania, do skręcania - oj, zachęcam do wejścia na ich stronki i dokładnie zaznajomić się z ich ofertą. Teraz tym bardziej zachęcam, bo mają wietrzenie magazynu i ceny niektórych produktów są obniżone! ZAPRASZAM WIĘC DO TYLKO KLOCKI . 

     Nam się udało najpierw na stronce FB Tylko Klocków dostać próbkę klocków PLUS PLUS. 





     Jak widzicie, klocków nie mamy dużo, bo tylko 12 sztuk. Są malutkie, ale choć z początku moi chłopcy marudzili: MAMO, TAK MAŁO TYCH KLOCKÓW? CO MY Z NICH MAMY ZBUDOWAĆ? To potem jak starszy wziął się za te klocuchy, to złożył ptaka, żabkę, kurczaka, wóz bojowy, giwerę i kilka innych rzeczy. Oczywiście mama wtedy nie wpadła na pomysł, aby to sfotografować. Ale wyobraźnia dziecięca jest ogromna i muszę przyznać, że moje dzieci są mega kreatywne w takie zabawy:) 

     Drugie klocki jakie chciałam Wam tu przedstawić - wygraliśmy w konkursie  na FB u Tylko Klocki. W sumie, to wygrał je młodszy synio :) Niby wiedziałam, co będzie nagrodą, ale jak już paczka do nas dotarła, byłam razem z dziećmi mega, mega zaskoczona! Dlaczego? A dlatego, ponieważ z takimi klocuchami pierwszy raz mamy do czynienia! Mowa tu o KLOCKACH BLOCO. Spodziewałam się plastiku, najwyżej kilkunastu klocków i szybki montaż wygranego Centaura Bloco, bo właśnie Centaura wygrał synio. A tu niespodzianka! Klocki Bloco są z pianki, plastikowe są łączniki i kapsle! 







     Jak widzicie, poszczególne elementy wypycha się z prostokąta piankowego, a potem według szczegółowej instrukcji składa i łączy odpowiednio. Naprawdę mega zaskoczenie - bo człowiek przyzwyczajony do normalnych klocków czy klocków lego, a te to całkiem inna sprawa! Z początku pozwoliłam chłopcom samym próbować złożyć centaura, ale pewne elementy szły im dosyć sprawnie, a z innymi się głowili i nie wychodziło im, więc i mama dołączyła do zabawy. A co! Mama też lubi się bawić i z miłą chęcią spróbowałam ogarnąć temat - jak tu zacząć, co do czego przyłączyć?! Myślę, że pozytywnie ocenicie nasze prace:) Zabawa takimi klockami naprawdę wymaga wyobraźni! Pomimo instrukcji, w której pokazane jest jak zbudować w różne sposoby dół centaura czy głowę. Można też spróbować swoich sił i wysilić wyobraźnię do zbudowania z zestawu tych klocków coś całkiem innego! Można budować na płasko, ale i trójwymiarowo. Na opakowaniu znajdziemy też informację, że te właśnie klocki są dobre dla dzieci w wieku 6+. I się nie dziwię, bo na pewno znajdą się dzieci młodsze, które też dadzą radę je złożyć, ale mogą mieć z tym problem, bo mój 5-ciolatek miał problem. Za to 7-miolatek już lepiej dawał sobie radę, ale i tak momentami prosił mamę o pomoc. 

     Wiecie, zbliżają się święta i inne okazje są do tego, by obdarować nasze dzieci fajną, kreatywną zabawką - klocki BLOCO właśnie takie są! Ja osobiście polecam te klocki i zachęcam do zaglądania na stronkę ich sklepu TYLKO KLOCKI . My na stówę jeszcze Centaurowi dokoptujemy jakiegoś koleżkę z tych kolcuchów :)

wtorek, 23 września 2014

Wrażenia po wywiadówce.

     Dziś dopiero była pierwsza wywiadówka w szkole u synków.  Ja przyznam sie szczerze, od momentu, jak tylko dowiedziałam się, że wywiadówka u młodszego jest na 15.00 a u starszego na 15.30 - bałam się czy zdążę z pokoju do pokoju :) Moje obawy się sprawdziły :)

     W zerówce poza wychowawczynią spotkała się z rodzicami pani pedagog - dodać muszę, że frekwencja w rodzicach była tu 100% :) Pani pedagog choć mówiła ciekawie, to ja ciągle zerkałam na zegarek - czy zdążę do starszego na wywiadówkę?! Oj ciężko tak przeskakiwać od jednego do drugiego, ale to już nie moja wina. Mogli by te wywiadówki zrobić albo co godzinę, albo nawet na 2-3 dni rozłożyć je. Bo jak ktoś ma więcej dzieci, to nie wysiedzi na żadnej wywiadówce w całości. Ale nie było tak źle. Wychodząc w trakcie gadaniny pani pedagog, powiedziałam wychowawczyni młodszego, że wrócę do niej po wizycie u starszego. I tym sposobem już byłam spóźniona na wywiadówkę u starszego - ale nie dostałam za to nagany:) Wysiedziałam tam 50 minut, popodpisywałam listę i inne dokumenty, zapoznałam się z regulaminem szkoły, dowiedziałam się jak wyglądają kryteria oceniania dzieci u nas na każdym przedmiocie - bo każda nauczycielka/nauczyciel stosuje swoje własne kryteria oceniania. Oj powiem Wam, że chyba prościej, dużo, dużo prościej było za naszych dziecinnych czasów w szkole! No ale cóż, wszystko idzie z postępem, niekoniecznie każdy z nas za tym postępem nadąża. Dowiedziałam się też jak to starszak ostatnio znów nieuważny zrobił się w szkole, jak marudzi podczas lekcji i przeszkadza. A w pierwszym tygodniu pani go chwaliła i mówiłam, żeby tego nie robiła :) Kiedy już wiedziałam ile kasy mam przygotować zaraz po wypłacie - wróciłam do wychowawczyni młodszego syncia. Tam w sumie krótka mowa, co podpisać, co ona zauważyła już u Patryka, a doczepić się doczepiła tylko do jednej rzeczy, że źle trzyma czy kredkę, czy ołówek - ale to wiem i sama mu ciągle powtarzam i przekładam kredkę, aby dobrze ją trzymał, ale on i tak po swojemu. No cóż, będziemy to tępić u niego razem z panią:) Pogadałam chwilę z panią o wrażeniach jej względem mojego synka, o moich wrażeniach słuchając krótkich wyciągniętych przeze mnie opowieściach od synka, no i szybko do domku. 

I tym sposobem spędziałam w szkole godzinę i 45 minut! CIĄGIEM I W PRZESKOKACH Z KLASY DO KLASY! O rajciu! Czasem było by super, móc się rozdwoić :)

piątek, 19 września 2014

Sok z jarzębiny.

     W ubiegłym roku znalazłam jakiś artykuł w gazecie o jarzębinie i jej możliwościach wykorzystania w kuchni. Pamiętam, że bardzo zaintrygowały mnie sok i dżem z jarzębiny. Nie wiem czy smakowałyście kiedyś owoc jarzębiny - tak sote - czyli tak na surowo? Jest mega gorzki! Wiem, wiem, że na surowo jest w sumie niezdrowa - bo ma w sobie szkodliwy dla ludzi, a w szczególności dla dzieci kwas parasorbinowy. Kwas ten powoduje wymioty, biegunkę, nudności a nawet podobno może uszkodzić układ moczowy. Ale pod wpływem temperatury ten kwas ulega rozkładowi i przetwory z jarzębiny są już nam niegroźne, a wręcz zdrowe i smaczne. Podobno! Bo jeszcze nie miałam okazji posmakowania takich cudeniek! Dlaczego? A to dlatego, że w ubiegłym roku jak już zdecydowałam się na wypróbowanie jarzębiny w mojej kuchni, owa jarzębina była już w większości na ziemi! Spóźniłam się i po prostu już pospadała z drzewek. Czaiłam się w tym roku na wypróbowanie jej. Choć ciągle miałam obawy, bo wśród moich znajomych czy rodziny nikt jeszcze nic nie robiła z jarzębiny. No chyba, że koraliki ;)Ale kiedy przeczytałam jarzębinowego posta u Mamy trójki , postanowiłam od razu nazrywać jarzębiny i coś z niej zrobić.

    I tak nazrywałam prawie 4 kg jarzębiny. Warzyłam jarzębinę po oczyszczeniu i umyciu jej. Nie za bardzo mogłam się zdecydować co teraz z niej zrobić. Najpierw ją według tego co Mama trójki pisze w swoim poście, zmroziłam w zamrażalce. No bo jak znów bym poczekała do przymrozków, to znów bym nie nazbierała jej. Potem zdecydowałam, że jednak z całości narobię soku. W przeróżnych artykułach czytałam, że taki sok jest zdrowy i można go stosować na przeziębienia i jest dobry oraz zdrowy. 



     Mam sokownik, dosyć pojemny, bo wszystkie owoce zmieściłam na raz. Po wrzuceniu owoców do sokownika wysypałam na nie 2 kg cukru. Choć jak później sobie przypomniałam, moja mama nie daje cukru do sokownika na owoce, tylko później, jak już sok jest wyciśnięty, to cukier wymiesza z sokiem. Mamcia twierdzi, że w ten sposób cały cukier zostaje wymieszany z sokiem, a jeśli wysypujemy go na owoce do sokownika, to niby część cukru zostaje w tych owocach. No i tym sposobem część cukru wyrzucamy w błoto :) Jak widać na zdjęciach, kilka słoiczków soku udało mi się wycisnąć. Nawet od razu rodzinnie potestowaliśmy taki ciepły soczek z sokownika i rozrobiony z wodą. Owszem, jest słodki, ale taki posmak goryczki zostaje. Jednak mi to nie przeszkadza. Za to moje dzieci trochę się krzywiły i mówiły, że za bardzo im ten sok nie smakuje. Pomimo tego, jak już zimniej będzie, to na stówę będę im serwowała ten sok z wodą lub do herbatki będę im łyżeczkę soku wlewała:) A co! Trzeba wzmacniać organizmy :)

     A w przyszłym roku może odważę się na inne przetwory lub nalewki z jarzębiny :) Ale to już nie teraz :)

poniedziałek, 15 września 2014

Nocny gość.

     Dziś postanowiłam ujawnić prawdę - o naszym nocnym gościu! Mało tego. Przez tego gościa denerwuje się nasza suczka Aza, a przez jej nocne szczekanie najczęściej budzę się ja i ja się denerwuję też. Czy już ktoś się domyśla o jakiego gościa mi chodzi? Już wrzucam fotki :)



     Zdjęcia zostały zrobione w maju - bo wtedy zaczęły się wędrówki tego osobnika po naszym podwórku. Nie wiem czego ten jeżyk u nas szuka, bo u nas jeszcze nie ma ani drzewek ani innych kryjówek dla tego maluszka. A jak na złość pojawia się ok północy lub grubo po północy i zawsze kręci się koło Azy! Aza natomiast nerwicy dostaje, tym bardziej, że raz próbowała powąchać czy może chciała nosem popchnąć jeża i trochę się pokłuła. Jak Aza szczeka na jeża, to ja się zawsze budzę i denerwuję się, bo nie chcę, żeby przez to szczekanie inni w domku u nas czy nawet u sąsiadów się pobudzili. Parę razy kazałam mężowi wstać i tego jeża przenieść za płot, żeby sobie poszedł. Wtedy też psinka się uspokajała i ja też mogłam dalej spać:) I tak co kilka dni nas odwiedzał ten jeż. Choć teraz to już chyba z 2 tygodnie go nie było. Może już poszedł spać?

czwartek, 11 września 2014

Kolejny nowy członek rodziny :)

     Już od prawie 2 tygodni mamy w domku nowego członka rodziny :) Jest nim malutki kotek :)




     Nasza Kochaniutka odkąd ją mamy, to w sumie zawsze przebywała tylko w domku. Nie wychodziła na dwór. Jednak tutaj, w naszym domku postanowiłam ją wypuszczać czasami. Choć była obawa, że wróci zaciążona! Dlatego rozmyślaliśmy z mężem, aby poddać ją sterylizacji. Jednak zawsze było szkoda kasy na to, bo były ważniejsze wydatki. No i tym sposobem, pewnego razu wróciła z brzuchem :) Patrząc na moją zaciążoną kotkę sama wspominałam moje ciąże i aż by się momentami chciało znów być w ciąży :) 
     Nie wiem tylko dlaczego urodziło się tylko jedno kociątko? W sumie to nie wiem czy urodziła więcej czy tylko to jedno, bo poród odbył się w nocy, jak spałam, a rano znalazłam Kochaniutką w butach a maleństwo w mojej tenisówce! Żeby nie było gadania - miała przygotowane aż dwa różne legowiska, jedno w którym zawsze nocowała, a drugie nowiste. No i nie wybrała na poród żadnego z nich, poszła w buty! Jednak fakt, że ma tylko jedno kociątko, jest mi nawet mocno na rękę, bo przynajmniej problemu z kotkami potem nie będzie :) Tego maluszka chcemy odchować trochę i teście go dostaną. Ale na razie cieszą się dzieciaki, ze mamy w domku takiego malutkiego kociaka:) No spójrzcie - przecież jest słodziachny :)




poniedziałek, 8 września 2014

Pierwszy tydzień szkoły za nami i teraz chorobowo.

     Oj tak, tak. Ledwie były wakacje, a tu już nadszedł dzień na rozpoczęcie roku szkolnego. 1 września wszystkie dzieci u nas rozpoczęły od mszy w Kościółku oraz poświęcenia tornistrów. Ksawek nie chciał brać swojego plecaka, za to Patryk tak. Pati rozpoczął zerówkę z uśmiechem na twarzy. Po Kościółku wszyscy przeszliśmy do szkoły, gdzie był apel, pani dyrektor przywitała wszystkich uczniów i rodziców. No i po małej pogadance uczniowie rozeszli się do swoich klas po plany lekcji. Zerówkowicze również, choć wiadomo, że z rodzicami poszli. W klasie pani z zerówki dała nam masę różnym kartek i karteczek do wypełnienia: wnioski, zaświadczenia, zgody itp. Zabrałam to do domku, bo tam nie dało mi się tego w spokoju ani przeczytać, ani podpisać. Opowiedziała po krótce co i jak i mogliśmy wracać do domku. 
Foto z 1 września 2014 r. 


     I tak dziarsko pierwszy tydzień nam zleciał.Patryk nawet nie płakał, nie wołał, że chce do mamy - owszem tęsknił i nawet mnie prosił, abym czekała w szkole na niego. Jednak jak  ja miałam te 5 godzin siedzieć w szkole i czekać na niego, kiedy on się bawił, a ja bym się nudziła! Chłopcy zadowoleni ze szkoły codziennie wracali. Aż w czwartek popołudniu młodszy zaczął narzekać na bolące gardło. W nocy miał takie momenty, jakby chciał zwymiotować. Więc jak w piątek Ksawka wyprawiłam do szkoły, tak z Patim pojechałam do lekarza. Wyszło, że ma zapalenie gardła. Dostał leki i przykazanie, aby do środy włącznie siedział w domku. A najlepiej, to niech cały tydzień posiedzi w domku. Nie bardzo mi się to podobało, bo kurcze, rozumiem, że chorobę trzeba wyleczyć do końca, ale z drugiej strony byłam zła, że tak zaczął się rok szkolny Patrykowi! No cóż! Siła wyższa. Pocieszałam się, że nic Ksawka nie łapie. Jednak moja radość trwała krótko, bo w niedzielę popołudniu obaj synowie zaczęli wymiotować i jednocześnie dostali rozwolnienia. Nawet nie będę się rozpisywała, jakie przeboje z nimi miałam w nocy - ale było wesoło. A mama się nie wyspała, jednak szybko rano dziś musiałam i tak wstać, aby dzwonić z powrotem do lekarza się umówić. U lekarza dowiedziałam się, że złapali jakiegoś wirusa, no i dostali inne leki oraz przykazanie, aby ten tydzień w domku posiedzieli. No i masz babo placek! I takim sposobem moi chłopcy nie nacieszyli się szkołą za długo - teraz chorują. Mam jednak nadzieję, że szybko wyzdrowieją i wrócą do szkoły, bo takie nadrabianie zaległości z mamą, to nie to samo, co nauka w szkole. Życzcie nam dużo zdrówka :)