wtorek, 27 stycznia 2015

Tarcze.

     Będąc nie raz i nie dwa na jakimś festynie czy rekonstrukcji bitewnej nasi chłopcy widzieli stoiska z mieczami, tarczami, łukami itp. Nie powiem - od czasu do czasu rodzice dadzą przekonać się dzieciom na jakiś zakup. Ale czasem mój mężu twierdzi, że on by im to czy tamto sam zrobił. I tak właśnie było z tarczami. 
     Dzieci uparły się na tarcze i tato im obiecał tarcze. Chcąc dotrzymać słowa, tato oglądał się ciągle za odpowiednim drewnem na te właśnie tarcze. Jak już je znalazł, to i wziął się do pracy. A zresztą - co ja tu będę pisała - sami zobaczcie jak to wyglądało i jaki jest efekt końcowy. :) 












     Chłopcy są mega zadowoleni! A ja dumna że mój mężu ma takie zdolności i potrafi takie cudeńka dla naszych dzieci stworzyć :)

niedziela, 25 stycznia 2015

"Lilka" Małgorzata Kalicińska.

     Tę książkę kupiłam sobie jaaaakiś czas temu i tak sobie leżała i czekała na swój czas. Nie wiem czemu, ale jakoś nie zabierałam się do jej czytania. Wolałam inne książki, a ta ciągle czekała i czekała, aż się doczekała. Jakoś przed świętami zaczęłam ją czytać. Od razu przyznam się, że jest to jedna z nielicznych książek polskiej autorki, którą czytałam. Zazwyczaj wybieram zagranicznych pisarzy. 


     Zacznę od krótkiego opisu.
" Marianna tarła ziemniaki na placki, gdy mąż jej powiedział, że odchodzi. Po trzydziestu latach drętwego małżeństwa mają prawo być sobą zmęczeni. Odchodzi... Bez żalu i pretensji. A na dodatek z pytaniem o małą pomoc wpada nielubiana siostra Lilka. 
Bohaterka powieści musi spojrzeć na swe życie w zupełnie nowym świetle. Syn od dawna na swoim, mąż z kochanką, ojciec coraz starszy. Marianna podsumowuje swoje życie - kogo kochała i kto ją kochał. Ile było w nim szczęścia, nieszczęścia? Dopiero jednak pojawienie się Lilki, przyrodniej siostry, pozwala jej inaczej spojrzeć na miłość, kobiecość, przebaczenie. 
Małgorzata Kalicińska pokazuje w "Lilce", że rozstania nie muszą oznaczać pustki, że życie nie kończy się po pięćdziesiątce, że samotność można zapełnić nowymi doświadczeniami, niespodziankami. I jeśli tylko pragniemy, miłość, przyjaźń - jakkolwiek byśmy je definiowali - mogą przyjść do nas w najmniej oczekiwanym momencie. "

     Teraz słów kilka ode mnie. 
     Od samego początku czytało mi się książkę  fajnie i przyjemnie - choć nie wszystkie momenty takie były. Od razu oczyma wyobraźni przeniosłam się w świat książki. A do tego po prostu mogłam przenieść się  w polskie realia, w polski świat. Choć ten świat trochę jeszcze sprzed moich narodzin, ale jak się czytało książkę, to normalnie jakby się tam było, wszystko widziało i rozumiało! Podoba mi się w tej książce to, że tak nasza - Polska historia została tu wtrącona, pokazana jak to troszku było za czasów PRLu. Późniejsze już lata, kiedy to i ja byłam na świecie, aż do czasów obecnych. Pani Małgorzata pięknie pisze - i do tego dopiero podczas czytania tej właśnie książki odkryłam piękny fakt - iż jest ona autorką również takich książek jak: "Dom nad rozlewiskiem", "Powroty nad rozlewiskiem" czy " Miłość nad rozlewiskiem".  Jakoś wcześniej nie skojarzyłam faktów. Ale jak to się mówi: lepiej późno niż w cale :) 
     W tej książce główna bohaterka wspomina swoje dzieciństwo, lata młodzieńcze i młodzieńcze miłości plus dramatyczne przeżycia swoje i nie tylko, poza tym dowiadujemy się, jak poznała swojego męża, dlaczego po latach się rozstają i jak do tego dochodzi. Co samotna kobieta robi później i jak się zachowuje wobec swoich najbliższych. Przygody miłosne, zawody, tajemnice, oczekiwania. Jednak to co mnie najbardziej denerwowało podczas czytania książki było to, że nie raz, nie dwa, ale z kilka ładnych razy paczka chusteczek higienicznych mi nie starczała! Było kilka takich momentów w książce, że wyłam jak bóbr, przeżywając z bohaterką te trudne chwile! Nie wiem czy to moja ciąża tak na mnie działała, choć z natury szybko się wzruszam, więc chyba ciąża tylko mi pomogła więcej chusteczek zapłakać. Mąż widząc jak ryczę nad książką powtarzał: nie becz głupia - przecież to tylko książka! No niby racja, ale ja dodam, że dobra książka! Bo nie każdą książkę którą czytam potrafię tak czytać, że przenoszę się w świat z książki i jakby wcielam się z rolę głównej bohaterki i nie zawsze z nią przeżywam jej smutki i radości. A tutaj tak było. Tuż przed świętami przeczytałam jeden smutny moment, więc na czas świąt i w sumie aż do nowego roku nie czytałam dalszej części, całkiem niedawno znów przysiadłam do tej książki i doczytałam ją do końca. Nie powiem, żeby zakończenie mnie zaskoczyło, chyba się takiego końca spodziewałam, ale i tak wywarło na mnie wrażenie. Zresztą jak cała książka. Bo tutaj można przeczytać jak pieruńska choroba, jaką jest RAK niweczy ludzkie plany, marzenia, osiągnięcia, naszych najbliższych, ale przede wszystkim tych, którzy mają w sobie tego cholernego obcego! Ale już więcej nic nie zdradzę, bo sami musicie przeczytać tę książkę! Koniecznie! Polecam!

środa, 21 stycznia 2015

Święto Babć i Dziadków.

      Jak już wszyscy wiedzą - dziś jest DZIEŃ BABCI a jutro będzie DZIEŃ DZIADKA.Takie 2 święta tych naszych kochanych najstarszych członków rodziny :) 
     Tak się składa, że ja swoich już ani babć, ani dziadków nie mam i to od łaaadnych kilku lat. Mam za to jedną babcię mężowską:) Dzielimy się nią, ona jest super i świetnie mi się z nią rozmawia i jej słucha - nadajemy na podobnych falach :) Moi chłopcy też bardzo kochają swoją jedyną prababcię :) Ale poza tą prababcią, chłopcy mają swoje 2 babcie i 2 dziadków. No i właśnie dla tej całej piątki w ubiegłym tygodniu chłopcy przygotowali laurki, które potem wysłaliśmy i o szczęście nasze - doszły do wszystkich na czas! A dziś jeszcze obdzwoniliśmy wszystkich z życzonkami - ach jak im wszystkim miło było :)



     

wtorek, 20 stycznia 2015

Weekend w lesie :)

     W weekend pogoda nas nie rozpieszczała, ale i też całkiem zła nie była! Więc udało nam się wybrać do lasu, żeby popracować troszkę - w końcu drzewo samo się nie wyrobi do wykupu. Mnie troszkę oszczędzali chłopcy i wręczyli aparat - miała fotki cykać. No i na początku cykałam, ale troszkę im też pomogłam znosić drzewa - NIE KRZYCZCIE NA CIĘŻARNĄ - OSZCZĘDNIE PRACOWAŁAM POD CZUJNYM OKIEM MĘŻA! A teraz moja mała foto-relacja :)
















czwartek, 15 stycznia 2015

Kolejne urodziny synka i mamy.

     U nas styczeń to czas urodzinowy - bo zaraz w pierwszych dniach starszy synek obchodzi swoje urodziny, a dokładnie 7 dni później urodziny obchodzi mama - czyli ja. I choć raczej tylko wyprawiamy urodzinki dzieciom, to czasem mi też uda się zgarnąć jakiś prezent i życzonka oraz buziaki i uściski od rodziny i przyjaciół :)
     I tak w tym roku Ksawek zamiast 1 imprezy urodzinowej - miał 2 imprezki. Bo na pierwszą zaprosił najbliższą rodzinkę, a na drugą zaprosił kilku kolegów z klasy. Najważniejsze, że z obu imprezek synio zadowolony, z prezentów też zadowolony - mam nadzieję, że i wszyscy goście wracali do domków zadowoleni. 
     W tym roku, jako że nie przepadam za pieczeniem ciast i tortów, ale co roku wymyślam dzieciom jakieś słodkości, to w tym roku poszłam na łatwiznę z tortem. Choć inne ciasta z pomocą chłopców upiekłam, to torcik kupiliśmy ze sklepu - tym razem 2 torciki, na obie imprezki, takie same - lodowe torciki:)


     Najważniejsze, że wszystkim smakował torcik - no i chyba tym razem udało mi się znów zaskoczyć gości, bo lodowego torta u nas jeszcze na urodzinkach do tej pory nigdy nie było! Tym bardziej nie na urodzinkach w styczniu :) Hi, hi :) 



     Torty były i się zmyły! Szybko ich nie było :) Ale to cieszy, jak człowiek coś przygotuje i gościom to smakuje, że aż puste talerze znosi się do kuchni :) 
     Kolejny roczek dobył i synkowi i mamie :) Synio ze swojego "roczku" zadowolony, mama trochę mniej, no ale cóż - tego się nie da zatrzymać :) 
     Wrzucę jeszcze fotkę jednego z prezentów. Tym oto prezentem chłopcy mamę straszyli przez całą imprezę! Ale już się z tym kolesiem oswoiłam, choć dalej go nie lubię! 


wtorek, 13 stycznia 2015

Pierwszy mały ciuszek.

     Kolejna wizyta w laboratorium, więc i kolejne badanie krwi i moczu. Jednak tym razem miałam szczęście i od razu po przyjściu - wchodziłam do zabiegowego na kłucie. A potem postanowiłam połazić po sklepach. 
      W sumie to szukałam spodni dla starszaka. Te dzieci tak szybko rosną, że co chwilę trzeba odwalać na bok przymałe ciuchy! Z ledwością nadążam z zakupem nowych ciuchów - głównie dla starszaka, bo młodszy dużo ciuchów ma po starszym bracie. Jednak oglądając ciuchy w sklepie zawędrowałam do działu niemowlęcego. Do tej pory ciągle powtarzałam sobie, że jeszcze jest za wcześnie, żebym cokolwiek kupowała. Ale tym razem jakoś rozczuliły mnie te ciuszki! Ach, jakie cudowności na półkach i wieszakach były! Gdybym mogła, to bym nakupowała tych ciuszków a choćby i za całą mężowską wypłatę! No ale tego zrobić nie mogę:) Więc tym razem kupiłam pajaca niemowlęcego. A żeby nie nastawiać się na konkretną płeć dzidziusia, bo ciągle jeszcze płci nie znamy, to wybrałam w takich uniwersalnych kolorkach tego pajaca:) 


     Jak będę teraz jakoś jechała do moich rodziców, to muszę pozbierać ciuszki niemowlęce po moich urwisach i przywieźć je do domku. Trzeba je przebrać, wyprać i już jakoś powoli naszykować dla Bąbelka :) 

czwartek, 8 stycznia 2015

Expresowa wizyta u gina.

     Wczoraj miałam kolejną wizytę u gina. Jestem już w 17 tygodniu ciąży. Przed wizytą w gabinecie pana doktora miałam ważenie i mierzenie u położnych. I w końcu miałam słuchanie serduszka! Cieszyłam się jak dziecko i powtarzałam sobie: NARESZCIE! Ach jak cudnie było tych kilka chwil słuchać bicia serduszka dzidziolka!!! Piękny dźwięk. 
     Potem poszłam na poczekalnię dowiedzieć się, ile jeszcze osób przede mną jest w  kolejce do mojego lekarza. Całe szczęście okazało się, że tylko 1 dziewczyna i zaraz po niej ja wchodziłam. Reszta kobitek czekała do drugiego lekarza. Kiedy weszłam do gabinetu, nasza rozmowa przebiegła dosyć szybko. 
Jak się pani czuje? - Dobrze!
Czas było by zrobić kolejne badania, więc wypisze pani skierowanie na mocz i morfologię. No i wypisał. Potem kazał się rozebrać do badania, które poszło raz dwa! Kiedy się ubierałam spytałam się jeszcze, kiedy teraz znów będę miała usg? Odpowiedź była taka, że w 20 tygodniu. A że na kolejną wizytę mam przyjść za 3 tygodnie, to akurat wypadnie mi 20 tydzień i prawdopodobnie będę miała robione usg. Super:) Pan doktor powiedział, że w takim układzie, to już wszystko i powiedział - do widzenia. To ja też do widzenia - i wyszłam:) Kobitki czekające do drugiego lekarza aż na mnie spojrzały, że tak expresowo wyszłam;) Na takie wizyty to ja mogę chodzić. Dodam jeszcze, że mój gin czasem jak się rozgada, to w gabinecie można siedzieć z 20 minut! A dla mnie to strata czasu. Więc z tej wizyty wyszłam mega zadowolona:)

piątek, 2 stycznia 2015

Jaki Nowy Rok taki cały rok? OBY NIE!!!!

     Na samym początku życzę wszystkim, aby ten Nowy Rok 2015 był dla Was i nas szczęśliwy, bezwypadkowy, bezproblemowy, aby zdrówko wszystkim dopisywało i jeszcze aby marzenia, choćby takie maleńkie wszystkim się pospełniały!


     Mówi się, że jaki Nowy Rok, taki Cały Rok! Oby jednak to się nie spełniło!!! 
     U nas sylwester minął dosyć spokojnie. Spędzaliśmy go sobie we 4-rkę, no dobra we 4-rkę i pół, hi, hi, w domku przed tv. Trochę potańczyliśmy, były małe wygłupy, w między czasie jakiś tam film jeszcze udało nam się obejrzeć i znów muza w tv. I tak dotrwaliśmy szczęśliwie do północy - złożyliśmy sobie życzonka, wypiliśmy po lampce szampana ( Picolo też dobrze smakuje), niestety popatrzeć na fajerwerki nie bardzo było nam dane. Ponieważ była u nas dosyć gęsta mgła. Ale i tak było fajnie, a potem poszliśmy spać. Musze dodać, że wcześniej, tak ok 20.00 wzięliśmy naszą sukę Azę do domku, bo widać było, że jak w pobliżu ktoś strzelał fajerwerkami, to ona się bała. Więc spędziła wieczór z nami w domku, spokojnie się zachowywała, wyspała się w domku. Rano też wszystko było ok i sama podchodziła do każdego z nas i chciała, żeby ją głaskać i bawić się z nią. Aż ok 14.00 kiedy już prawie miałam obiad gotowy, Azie coś odwaliło i ugryzła Patryka w twarz! Konkretnie wbiła mu się w policzek i wargę. Od razu mąż z nią wyjechał na dwór do budy, a ja zajęłam się Patryniem. Kiedy jednak obejrzałam rany, stwierdziłam, że jednak trzeba byłoby pojechać z nim do szpitala. Dosyć szybko poszło w szpitalu - jedyne 20 minut czekania, ale potem długo zeszło w środku. Jeden lekarz obejrzał i stwierdził, ze ran po ugryzieniu przez psa się nie szyje, lepiej, żeby to samo się goiło, ale wezwie chirurga dziecięcego,m żeby to ocenił. Trochę trwało nim ten doszedł, ale powiedział to samo co lekarz, który nas przyjął. Niby miał synio dostać tylko antybiotyk, bo zarówno Patryk jak i Aza wszystkie szczepienia mają wykonane w terminie. Jednak jak lekarz skonsultował się z lekarzem z działu dziecięcego, to powiedział, ze antybiotyku też lepiej nie podawać przy ugryzieniu. To się ma wszystko ładnie samo goić, a my - rodzice mamy obserwować rany. Bo gdyby się coś zaczęło dziać, psuć w tych ranach, to do lekarza szybko jechać, a jakby było ok, to w poniedziałek do pediatry po skierowanie na kontrolę do chirurga mamy pojechać. Ot! Wiecie, gdybym wiedziała, że nic mu w tym szpitalu nie zrobią, to bym tylko mu sama w domku przemyła te rany i obyło by się bez nerwów i czekania na wszystko po kolei. Ach... No ale tak też jestem spokojniejsza, bo może bym się zamartwiała, czy nie lepiej byłoby pojechać do lekarza?! A tak mam sumienie czyste. Na szczęście dziś stwierdzam, że rany ładnie się powolusieńku goją. Znaczy dziś to tak wygląda, że strupy ładnie się porobiły i już nie krwawią. Oby ładnie i szybko wszystko się zagoiło u niego i żadnych blizn nie zostawiło na jego twarzy!!!
     A co odbiło Azie? Sami nie wiemy! Tosz bawiła się z każdym po kolei. I sama podchodziła do dzieci też, żeby ją pogłaskać. No i rzuciła mu się do tej jego buźki bez jakiegoś powodu! Nie wiem, może jeszcze przeżywała fajerwerki, no pojęcia nie mam! Ale u nas aż tak tych wystrzałów to znów nie było słychać. No nie wiemy! Ale jak tylko odwali jeszcze jakiś taki cyrk, to obiecuję, że dam ja uspać.