wtorek, 31 marca 2015

A więc - co powiedział mi gin.

     Mój ostatni wpis był o moim złym samopoczuciu. Dziś w końcu nasmaruję słów kilka o tym czego się dowiedziałam od gina i nie tylko. 

     U gina byłam dokładnie tydzień temu we wtorek. Zbadał mnie, wysłuchał i powiedział, że podczas badania nie zauważył ani rozwarcia, ani żeby cosik z szyjką macicy się działo, jednak po tym co mu powiedziałam, stwierdził, że miałam ból porodowe - czyli przedwczesny poród mi się szykował i jest zagrożenie ciąży! Jakby tego było mało, obejrzał moje ostatnie wyniki badań i wyszło, że mam za mało żelaza czyli jeszcze anemia mnie męczy i mam jakieś bakterie w moczu! Czyli full wypas! Wszystkiego po trochu. Nie wiem czemu nie zrobił mi usg dodatkowego, ale pewnie dlatego, że mam trochę zawianego lekarza. Ale poza tym kazał mi leżeć jak najwięcej, odpoczywać, nie denerwować się i przepisał mi leki: Luteinę, Scopolan, Tardyferon-Fol. Poprosiłam pana doktora, aby napisał mi zaświadczenie, że mam ciążę zagrożoną i że mam leżeć. Trochę się zdziwił, bo wiedział, że nie pracuję zawodowo - więc po co mi takie zaświadczenie?! Odpowiedziałam, że potrzebuję, bo mąż w pracy je przedstawi u siebie i może dzięki temu papierkowi nie będą go do mojego rozwiązania wysyłać w żadne delegacje lub na jakiekolwiek inne wyjazdy! Lekarz popatrzył na mnie i powiedział, ze nie jest upoważniony, żeby wystawić mi takie zaświadczenie!!!! Hm.... zapytałam go, że jak to? To skoro nie on, to kto jest do tego upoważniony? Odpowiedział, że mam iść do mojego rodzinnego lekarza. A kiedy zapytałam go - na jakiej podstawie moja rodzinna pani dr. ma mi wystawić to zaświadczenie, bo przecież ona mnie nie zbada, ona nie zna przebiegu mojej ciąży ani nic innego nie wie w tym temacie, odpowiedział mi tylko, że to już nie jego sprawa!!!! Ot mądry ginekolog mi się trafił! Wyszłam od niego troszku oszołomiona, ale poszłam od razu do rejestracji i umówiłam się do mojej pani dr. rodzinnej. Wizytę u niej miałam za 2 dni. Kiedy podczas wizyty powiedziałam z czym przyszłam, ona miał oczy jak 5zł! Dosłownie! Spytała czemu gin mi tego nie wystawił? Odpowiedziałam wszystko jak an spowiedzi i usłyszałam od niej takie słowa: PRZECIEŻ GINEKOLOG JEST OD TEGO JAK DUPA OD SRANIA! Dosłownie jej słowa! Zresztą i ja jestem tego zdania. Ale cóż ja mogę?! Zwykły szary człowiek?!  Moja rodzinna lekarka poradziła bym jeszcze raz spróbowała pogadać o tym zaświadczeniu z moim ginem, a jak znów mi odmówi, mam iść do prezesa przychodni na niego naskarżyć! Tą radą mnie zaskoczyła! Ale ja też problemów sobie robić nie chcę, bo przecież ciągle muszę chodzić do gina na kontrole. Pogadałam sobie trochę z moją rodzinną, wszystko mi wyjaśniła, że ona naprawdę nie może mi tego wystawić - chociaż by bardzo chciała. Ale to jest w gestii ginekologa. A ja to świetnie rozumiem. Tylko się wkurzam, że taka dziwna spychologia u nas panuje - jednemu nie chce się pisać świstka dla pacjentki, drugi lekarz chciałby,ale nie ma podstaw do wystawienia takowego pisma. Ehhh...   

     Przemyślałam sprawę i umówiłam się na prywatną wizytę do całkiem innego ginekologa - porozmawiam z nim, żeby wystawił takowe pisemko dla mnie. Mam nadzieję, że wystawi. Przecież nie żądam nic nadzwyczajnego! Nie chcę, żeby ktoś dla mnie naginał prawo! Chce tylko głupie pisemko poświadczające moje złe samopoczucie! Ale w razie gdyby i ten prywatny gin robił mi problemy, to mam już mocne postanowienie względem mojego gina. W piątek muszę iść znów na kontrolę do swojego gina, bo tabletki mi się kończą i on ma podjąć decyzję, co dalej. Więc wtedy spróbowałabym znów poprosić o to zaświadczenie. Jeśli i tym razem by mi odmówił, to faktycznie bym się do tego prezesa przeszła! Nosz ile można się prosić o swoje???

niedziela, 22 marca 2015

Niepokoje ciężarówki.

      Kurcze, kurcze i jeszcze raz kurcze! Niby to moja 3 ciąża, ale od samego początku przeżywam ją inaczej niż poprzednie dwie. A teraz jeszcze od soboty łapią mnie jakieś dziwne bóle brzucha, mam bóle z krzyża i nawet pupa mnie momentami boli - czyli podsumowując mam bóle jak tuż przed porodem lub nawet w trakcie jak miałam. Masakra!

     Mówi się, że ciąża to nie choroba! No i z tego co pamiętam, to podczas moich dwóch poprzednich ciąż czułam się świetnie i mogłam robić wszystko - dużo chodzić, schylać się, kucać czy po schodach zasuwać na 5 piętro. A teraz? Hmmm... No właśnie, do niedawna mogłam robić prawie to wszystko - prawie, bo czasem sił nie miałam, jakoś w tej ciąży często spanie mnie męczyło i dalej mnie męczy. Ale teraz jeszcze szybko się męczę nawet podczas chodzenia po pokoju i układaniu ciuchów do szafek - no troszkę muszę się wtedy schylić, ale nie przesadzajmy, ktoś musi pranie poskładać i je ułożyć, żeby porządek był. Ale żeby takimi prostymi czynnościami się męczyć?! Aż wstyd się przyznać, ale mnie to dopadło! Przejdę się kawałek na spacer i też jestem zmęczona! A to dopiero 27 tydzień ciąży! 

      Zaniepokoiły mnie dziwne bóle, jakoś w sobotę przed południem mnie dopadły. Ale czekałam na rozwój sytuacji, bo nie będę panikowała od razu, zresztą męża mam na poligonie i dzieci nie było by z kim zostawić. Ale całe szczęście, że tego dnia przyjechali do nas moi dwaj bracia i jeden z nich u nas zostaje na tydzień. Do powrotu mojego męża. To choćby w razie czego przypilnuje mi dzieci. Ale moja dzidźka wierci się w brzuchu okropnie! Nawet momentami rozpycha mi brzuch w poprzek! Aż nie wiem co tego bąbelka opętało! :) Ma za mało miejsca w moim brzuchu czy jak?! A poza tymi bólami zauważyłam większą ilość bardziej żółtawej wydzieliny wypływającej ze mnie. Ale ta wydzielina pojawiła się tylko w sobotę. Dziś, odpukać, czuję się w miarę, choć nie wróciło wszystko do normy! Ale jest spokojniej, bo większość dnia przeleżałam w łóżku! Wstawałam tylko żeby coś zjeść lub na siusiu. Wiecie - trochę nawet fajnie tak poleżeć sobie i odpocząć, jak ktoś inny przypilnuje chłopców. Ale jak tak leżałam, to przeszła mi taka myśl, że jednak do samego rozwiązania nie chciałabym tak leżeć w łóżku! Wiem, wiem, jakbym musiała, to bym leżała, ale sam fakt, że bym nie chciała. Jutro będę dzwoniła do mojego gina, nich mnie zbada, co to się u mnie zaczęło dziać, bo do szpitala jak się wybiorę, to od razu może by mnie zostawili choćby na 2-3 dni obserwacji, a jednak w domku też jest co do robienia, muszę dzieci do szkoły wyprawić i do dentysty z młodszym musimy jutro jechać, więc na razie nie mam czasu na szpital i musi mi gin wystarczyć. 

     Trzymajcie kciuki, aby u mnie się wszystko uspokoiło i dzidziola więcej nie straszyła mamusi! Od wczoraj więcej się oszczędzam i leniuchuję - choć sporo rzeczy jest w domku do zrobienia - odpuszczam sobie większość i tak teraz przynajmniej przez tydzień zamierzam robić. Odpoczynek, odpoczynek, odpoczynek i raz jeszcze odpoczynek - oby to pomogło. 

piątek, 13 marca 2015

"Gromy i róże" Mary Jo Putney

     Nie wiem czy znacie książki Mary Jo Putney? Ja jak do tej pory nie znałam, ale będąc w bibliotece skusiłam się na niepozornie wyglądającą książkę właśnie pisaną przez tą panią. A zauważyłam, że stało tam jeszcze kilka innych książek tej samej autorki - niedługo i je przeczytam a potem Wam przedstawię. Bo ta malutka książeczka "Gromy i róże" bardzo mi się spodobała. To są moje klimaty. To co działo się w latach 1800-1900 jest bardzo fajne i ciekawe. Lubię czytać o strojach, zachowaniach - w ogóle o tamtejszym świecie, tym bardziej angielskim świecie. Choć za nic w świecie nie chciałabym nosić tych strojów, co wtedy kobiety musiały nosić!!!

     Ale ok przedstawiam Wam "Gromy i róże" Mary Jo Putney.

     "Nazywano go hrabią Demonem. Uważano, że jest zdolny do wszystkiego. Nicholas Davies - syn zdegradowanego arystokraty i Cyganki - doświadczył w życiu wszystkiego. A jednak to właśnie do niego zwraca się w przypływie rozpaczy wiejska nauczycielka, Clare Morgan, z prośbą o pomoc. Nicholas zgadza się, pod jednym wszakże warunkiem - dziewczyna musi z nim zamieszkać na trzy miesiące, narażając tym samym na szwank swoją reputację. Oburzona Clare nie ma innego wyjścia; przyjmuje propozycję i wkracza w wytworny, lecz pełen niebezpieczeństw i namiętności świat angielskiej arystokracji. "

     Ten romans czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. Akcja toczy się już od samego początku. Mały chłopiec cygański zostaje "sprzedany" przez swoją własną matkę - swojemu dziadkowi. Dlaczego? Co potem się dzieje w jego życiu? Młoda nauczycielka wiejska natomiast wkracza w ten światek hrabiów i książąt, nie za bardzo wiedząc czy uda się jej dotrzymać danego słowa sobie i Nicholasowi. Ona chce od niego pomocy we wsi, a on od niej jej samej. Kto z nich wygra? Jaką grę, będą prowadzić? Kto zyska, a kto straci? I jak do tego wszystkiego będzie się miała dziwna i tajemnicza przeszłość rodzinna Nicholasa? Oj - za krótka ta książka jest, żeby Wam tu wszystko zdradzić. Ale zachęcam do przeczytania tej książki - oczywiście jeśli lubicie romansy i przygody :)

środa, 11 marca 2015

Wyjazd na targi MOTHER&BABY do Gdańska.

      Jakiś czas temu dojrzałam w necie informacje o targach MOTHER&BABY. Z zainteresowaniem doczytałam, że są to targi dla kobiet w ciąży oraz dla matek małych dzieci. Jako że jestem w ciąży i to po kilkuletniej przerwie, miałam ogromną ochotę odwiedzić te targi. Namówiłam więc męża, żebyśmy pojechali do Gdańska. Od nas mamy jakieś 60-70 km do Gdańska - niby nie daleko, ale blisko też nie :) Ale najważniejsze, że udało nam się rodzinnie dotrzeć na te targi.

      Targi MOTHER&BABY w Gdańsku odbywały się w Amber Expo, w godz. 10.00-17.00 (S-ND). Nam udało się zajechać w sobotę ok godziny 10.20 pod budynek Amber Expo i szczerze, to myślałam, że jak będziemy tak szybko, to mało ludzi będzie. Myliłam się. Ludzi było bardzo dużo, choć chyba największy ruch zrobił się koło godziny 12.00. Obeszłam z rodzinką wszystkie alejki, przecież najpierw trzeba zrobić rekonesans ;) 






      Jak widać, było co obchodzić. Po tym mały obejściu, moi dwaj synkowie stwierdzili, że tutaj nie ma nic ciekawego dla nich! NUDY, NUDY! Eh... cierpliwie tłumaczyłam, że może i dla nich mało co tutaj jest atrakcyjne, ale że ja chcę pooglądać ciuszki, rzeczy czy zabawki lub kosmetyki dla siebie i dla dzidziusia. A potem jak im się nie będzie podobało, to wrócimy do domku. Chciałam koniecznie skorzystać też z darmowego USG, które było tam wykonywane. Kiedy podeszłam do kolejki, było przede mną niby z 7 pań. Ale nie chciało mi się na samym początku siedzieć w kolejce - przecież tyle jest stoisk do obejrzenia, do zwiedzenia i do dowiedzenia się wielu ciekawych informacji. Ach... , później chciałam stanąć w kolejce na to USG. No i później stanęłam, ale wtedy miałam przed sobą dłuuuugi ogonek, chyba ze 20 kobitek przed sobą i uwierzcie mi: stałam w kolejce ponad 20 minut, w tym czasie już na usg jakaś pani była i przez ten czas, co stałam w  kolejce ona nie wyszła! Stwierdziłam, że stojąc w taaakim długim ogonku, to ja tu do dnia następnego stać będę mogła a jeszcze nie wiadomo czy bym się dostała. No i odpuściłam sobie to stanie i to całe usg! 

      W końcu coś spodobało się moim synkom na tych targach :)




      Faktycznie, więcej atrakcji było dla tych mniejszych dzieciaczków, ale moim spodobało się coś jeszcze! Konkursy, które odbywały się na scenie! Obaj wzięli udział w kilku i wygrali różne nagrody. Ja w jednym też wzięłam udział i kurcze, skutki krótkich ćwiczeń odczuwałam na ciele dnia następnego :) Hi, hi, jednak trzeba troszkę w domku też poćwiczyć, żeby lepiej się czuć :)






      Oj działo się działo, bo na scenie poza konkursami, w których brali udział też tatusiowie w ciąży - ten konkurs mega mi się podobał, były też różne wykłady. Najpierw napiszę, że ten konkurs tatusiowie w ciąży był super, bo 4 tatusiów dostało takie sztuczne ciężarne brzuchy i z godzinkę w nich chodzili po tych targach, a potem opowiadali jak się czują! Choć troszkę odczuli to co my - kobiety ciężarne odczuwamy! Choć tak jak prowadzący powiedział: ciężarne przyzwyczajają się do tych dodatkowych kilogramów stopniowo, z dnia, na dzień przez te 9 m-cy, a tu panowie dostali od razu kilkukilogramowy brzusio do noszenia przez godzinę! Różnica jest, ale i tak choć troszkę zapoznali się z losami kobiet ciężarnych :)




       Wykłady natomiast były różne; wykład o diecie bezglutenowej, pokaz pierwszej pomocy, w szczególności u niemowlaków i małych dzieci, warsztaty chustowe, żywienie niemowląt itp. Nie uczestniczyłam we wszystkich, bo kurcze musiałabym się rozerwać, żeby być w kilku miejscach na raz! Za to poobchodziłam różne stanowiska. Odwiedziłam i porozmawiałam z przedstawicielami firmy FRUPP - z tego byłam mega zadowolona, bo u siebie nie znalazłam jak dotąd ich batonów, a tu miałam okazję smakować różne smaki ich produktów, zakupiłam 4 batoniki i dostałam pojemnik na kanapki, a później moi synkowie jeszcze wygrali w konkursie po całym opakowaniu batoników i po innych gadżetach od nich :) Super :) 



      Poza tym porozmawiałam z panią z Oriflame,



      z przedstawicielami z Bio-Oil, Farmona, Maluchy 3 Miasta, Mead Johnson Nutrition, Medela, Mollers, Playmobil, Polskie Stowarzyszenie Osób z Celiakią i na Diecie Bezglutenowej, Polski Lek S.A, Sylveco, Mama i ja, Tołpa, Zakłady Farmaceutyczne UNIA. Z wszystkimi nie dałam rady porozmawiać lub po prostu nie chciało mi się lub tak wyszło :) Niektórzy udzielili mi cennych porad, niektórzy obdarowali próbkami kremów, leków albo ulotkami czy choćby kuponami. Więc do domku wróciliśmy nieźle obładowani :) I zadowoleni, bo sporo ciekawych rzeczy się dowiedziałam.














     Oj było bardzo fajnie, a na koniec jeszcze ja z synkami :) 



     Powiem Wam, że wychodziliśmy z targów cosik po 15.00 i jak wsiadłam do auta, to myślałam, że nogi mi odpadną :) Tyle chodzenia, tyle stania, ale i też posiedziałam trochę na targach, bo były krzesełka przy scenie, ale jednak jak emocje opadły i człowiek już usiadł w tym aucie, to odczuł to wszystko :) Jednak wróciłam bardzo zadowolona.

piątek, 6 marca 2015

W domu już powoli czuć wiosnę.

      Jest już marzec, ale za oknem możemy jeszcze poobserwować zarówno słonko, jak i śnieg, deszcz czy przymrozek. Jednak miło chociaż w domku się zaczyna robić, kiedy tyle kwiatków i innych roślinek zaczyna kwitnąć lub wyrastać z ziemi. 

      Przedstawiam Wam moją tegoroczną wysiana paprykę. Nasiałam jej w 3 doniczkach. Pewnie gdzieś pod koniec marca będę je już rozsadzała do ogromu innych małych doniczek :) Znów będzie plantacja :)


      Teraz pochwalę się moimi Amaryllisami :) Mam 2 jasne i jednego czerwonego. Uwielbiam te kwiatki, choć szkoda, ze na ich cudne kwiatki trzeba czekać cały rok, mogłyby kwitnąć kilka razy do roku :)



     I choć na początku grudnia moja Schlumbergera kwitła, to teraz żółta odmiana znów kwitnie :) Ciekawa jestem czy inne kolorki które mam w domku tego kwiatka też niedługo puszczą pąki? :) Może jednak bliżej kwietnia, bo Schlumbergery u mnie kwitną tak ze 3 razy do roku. Choć każdy kolorek w innym czasie, tylko zazwyczaj w grudniu kwitną razem :)


     Na koniec przedstawię Wam wsadzoną niedawno bazylię. Dostałam kawałeczek bazylii od teściowej - przyjęła się i już powoli sobie rośnie. Choć wolę zwykłą bazylię - będzie znów rosła w ogródeczku u mnie. A ta odmiana bazylii ma dosyć grube liście, ale i tak mi się przyda w kuchni jak podrośnie :) A w tej zielonej doniczce, która wydaje się pusta, wysiałam lawendę. Jeszcze nie wyrasta, ale jak tylko będzie wyrastała, to Wam się nią pochwalę. Później chcę lawendę gdzieś pod domem posadzić - może mrówki mi odgoni!!


      A u Was co już kwitnie lub wyrasta???

poniedziałek, 2 marca 2015

Jeszcze ubiegłoroczne gifty :)

     Ostatnio mam taki zapał do wszystkiego, że ogólnie do niczego :) Czyli do pisania też i stąd moje zaległości. Ale ciiiii, bo chora jestem, to nie krzyczcie na mnie, i już piszę o moich ubiegłorocznych wygranych :)

     Zacznę od mojej wygranej u Fabulous Christmas. Miałam to szczęście, że wygrałam śliczne ozdóbki, które zdążyły dojść jeszcze przed świętami i 2 aniołki wisiały na naszej choince, gwiazda wisiała na szafce, a serducho do tej pory wisi na oknie :) 



      Następną fajną nagrodą jest torba i papier do gotowania! Uwielbiam takie przydatne gifty :) A te gifty otrzymałam od firmy Frosta :)


      I jeszcze tuż przed sylwestrem dotarła do mnie wygrana od Zebry. Masa różności! I to wszystko przepięknie prezentowało się pod naszą choinką - nawet Kochaniutka była zainteresowana tymi cudownościami. Dodam, że tak jak widać na fotce, tym razem i dla moich dzieci tutaj cosik było :) Gry na kompa - czyli to co lubią:) Ale te akurat gry co tutaj są, to starszak ma wszystko w jednym paluszku opanowane, a młodszy też świetnie sobie radzi z nimi. Czyli piękne prezenty dla każdego:)


      Tak to się u nas zakończył pięknie stary rok. A teraz zmykam pod pierzynkę się wygrzewać, bo dzieci w szkole, mąż w pracy, to muszę się kurować!!! Nienawidzę chorować!!!!!!!!!!!!!