wtorek, 30 czerwca 2015

Poród i wspomnienia szpitalne - cz.1.

     Hubercik ma dziś dokładnie 11 dni, czuje się dobrze, ładnie spija mleczko z maminych piersi. Choć niestety od wczoraj zaczął pokasływać i ma smarki w nosku! Dziś spróbuję zrobić mu inhalacje z soli fizjologicznej, jak do jutra poprawy nie będzie, to wybiorę się z nim na wizytę do lekarza. 
     Tutaj przedstawiałam Wam Hubercika, a dziś opisze po troszku, jak to doszło do porodu i potem kilka wspomnień ze szpitala. 


     A więc termin miałam na 18 czerwca. Ale żadna akcja porodowa się ciągle nie rozkręcała. Więc na tego też dnia umówiłam się na ostatnią wizytę do gina. Ten mnie zbadał, potem podpiął pod ktg na prawie pół godziny i potem stwierdził, że pisze mi skierowanie do szpitala, bo podczas ktg wyczuwalne były tylko 3 ruszy dziecka, że to troszkę mało. No i że on nie wie co tam w brzuszku się dzieje, więc daje mi skierowanie i mam stawić się do szpitala. Od razu zapowiedział, że prawdopodobnie w szpitalu będą mi wywoływać poród. 
      Po południu, jak mąż wrócił z pracy odwiózł mnie z synkami do szpitala. Podczas przyjmowania na oddział spotkałam bardzo miłą pielęgniarkę, która wypisywała moje papierzyska. Lekarz, który mnie badał, też spoko. Wszystko wyjaśnił. Potem przejście na patologię ciąży. Ledwo dotarłam do swojego łózka, wszedł pan doktor, który mnie przyjmował, powiedział, że najpierw podłączą mnie pod ktg, a potem będzie jeszcze usg. No i ok. Podczas ktg tym razem ruchy wyczuwalne były bardziej. A na usg wyszło, że już mało wód płodowych dzidziuś ma tam i pewnie przez to mniej się ruszał. No ale skoro już jestem w szpitalu, a termin porodu też już jest, to padło stwierdzenie, że na następny dzień rano będę miała wywoływany poród. A ja na to jak na lato :) Bo już baaaardzo chciałam mieć urodzone tego mojego maluszka!
     Więc nawet nie rozpakowywałam się na patologii. A na wieczornym obchodzie usłyszałam, że od północy nie mam nic jeść i pić. W nocy bąbelek troszkę się wiercił i nie dał mamie się wyspać. No i przed 8.00 przyszła położna po mnie. Kazała zabrać ze sobą torebkę, wodę i podkłady poporodowe i poszłyśmy. Porodówka to wielka sala, na której są wydzielone ściankami mniejsze pomieszczenia na kilka porodów na raz. Moja fajna położna najpierw kazała mi się przebrać w ich wielką koszulinę do porodu, potem położyć się, zbadała mnie i stwierdziła, że szyjka macicy jest dosyć twarda i trochę to potrwa nim zacznie się poród. Potem podpięła mnie pod ktg i kazała wstać - no i tu dla mnie nowość, kazała mi się kołysać z boku na bok, dodatkowo podpięła mi kroplówkę i co chwilę zwiększała szybkość spadających kropelek tego czegoś na przyspieszenie porodu. Przez prawie cały czas rozmawiałam sobie wesoło z położną. I dowiedziałam się, że za ścianką z lewej leżała pani, która miała poród rodzinny - jej mąż z początku siedział cichutko jak mysz pod miotłą :) Później od czasu do czasu słyszałam, że odzywał się do żony. Z prawej strony miałam panią, która dotarła na porodówkę godzinę po mnie, z mocnymi już bólami i rozwarciem na 3-4 palce. Ja po godzinie bujania się i kroplówką miałam dopiero 2 palce rozwarcia i ciągle za sztywną i za twardą szyjkę do porodu! Po chwili jeszcze 2 inne panie z bólami dotarły na porodówkę, więc było nas już 5 na porodówce, a jeszcze jedna czekała na swoją kolej, bo miała mieć wywoływany poród jak ja. Oj ruch był tego ranka na porodówce, że aż położne się śmiały, że ciekawe która pierwsza urodzi?! Oj ja też byłam ciekawa! Pani z prawej już coraz mocniej piszczała, a potem nawet i krzyczała, dostawała gaz do wdychania, ja musiałam zadowolić się specyfikami przeciwbólowymi podawanymi mi dożylnie. Bo od 9.00 bóle dosyć zaczęły się pojawiać, a przed 11.00 już miałam częste i mocne już bóle. Była chyba 11.00 jak przyszedł pan doktor, sprawdzić jak mają się wszystkie rodzące, ja już miałam w tym czasie mega bóle i powiedziałam, że mam głupie uczucie, że mały już wpycha się z kanał. Lekarz w tym czasie szedł następną rodzącą obejrzeć, a moja położna postanowiła mnie zbadać. Jak tylko się położyłam, ona zbadała i zawołała lekarza, że nie ma nigdzie odchodzić, bo tutaj już będziemy rodzić! Szybko położna owijała się w fartuchy, lekarz też się przygotował, doszły chyba jeszcze ze 2 inne położne - dobrze nie pamiętam, bo w tych mocnych i częstych skurczach miałam prawie cały czas oczy zamknięte i starałam się pamiętać, żeby oddychać. Złapał mnie oczywiści skurcz twarzy i przez moment mówić nie mogłam - nie wiem czemu, ale przy każdym porodzie tak miałam, no i skurcz w rękach, że jak zacisnęłam pięści na kocu, to tak mi palce w tej pozycji zostały na kilka minut, potem puściło. No i szybko moje łóżko przygotowano do porodu, mnie odpowiednio ułożono i poinstruowano, że przy tym dużym skurczu przemy i rodziny! No to dwa parcia i bąbelek wyskoczył z mamusi expresowo! Uffff.... poczułam mega ulgę, a kiedy położna położyła mi maluszka na moim brzuchu, z bliska pokazała najpierw twarzyczkę, potem  siusiaka, żebym się utwierdziła, że syna urodziłam, no i moja położna podała mi specjalne nożyczki do przecięcia pępowiny - ach jaka duma mnie rozpierała, że mogę sama przeciąć tą pępowinę! Potem to już tylko urodzenie łożyska, też poszło raz dwa, no i dowiedziałam się, że nie nacinali mnie, ale pękłam troszeczkę w starej ranie po nacięciu i pan doktor założył mi 3 szwy. Oj był ubaw podczas zakładania szwów. Bo jak pan doktor zabierał się do pracy, to powiedziałam, żeby za dychtownie mnie tam nie pozaszywał, żeby mąż później reklamacji składać nie musiał! Pan doktor zaczął  się śmiać z położną, że niezła pacjentka im się trafiła, tu niby zmęczona po porodzie, a jeszcze na żarty się jej zbiera :) No kiedy ja nie żartowałam :) Ale potem odpowiedział, że co fakt, to fakt, bo za tym czwartym razem na pewno uda się córkę urodzić, więc musi uważać jak mnie zaszywa ;) Ja na to tylko powiedziałam, że to się okaże, co Bozia nam jeszcze w przyszłości naszykuje :) Po skończonym szyciu powiedział, że po jego szyciu moja pupa pędzie wyglądała jak u 18-nastki :) Hmmm... Niby to pocieszające, ale jakoś w to nie wierzę :) Cha, cha :) A potem pan doktor szedł już kolejny poród odbierać, bo ja urodziłam jako pierwsza, a po mnie już dwie panie też rodziły i to te panie, które jako ostatnie dotarły na porodówkę. Mnie przewieziono na poporodowy oddział i zaraz przyniesiono mi ubranego synia. 

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Moje testy z Canpol babies - majtki poporodowe.

     Jakiś czas temu, jeszcze jak byłam w ciąży, dostałam propozycję przetestowania kilku produktów z firmy Canpol babies. Z chęcią się zgodziłam i potem tylko czekałam na poród. A dlaczego na poród? No dlatego, że do testowania dostałam o to takie produkty:
- wielorazowe majtki poporodowe ( s/m, l/xl),
- podkłady poporodowe,
- osłonki piersi,
- wkładki laktacyjne z aloesem.



      Oczywiście do mojej walizki do szpitala spakowałam sobie majtusie z Canpol i podkłady. Ale dziś chciałam Wam troszkę przybliżyć same majtki.

      Wybierając się na moje dwa wcześniejsze porody, niby wiedziałam, że jakieś tam majtki są jednorazowe i może też inne dla kobiet po porodzie, ale ja zawsze stawiałam na wygodne bawełniane majty. I takie zabierałam ze sobą do szpitala. Tym razem też miałam 2 pary takich zwykłych bawełnianych spakowane, ale poza tym spakowałam też te wielorazowe majtki poporodowe Canpol.



    Jak widać dostałam je w dwóch rozmiarach, mi przypasowały te mniejsze S/M. 





      Po wyjęciu majtek z opakowania byłam troszkę zaskoczona. No spójrzcie sami! Na zdjęciu na opakowaniu wyglądają inaczej niż po wyjęciu z opakowania. Ten pasek z oddychającego nylonu wygląda niepozornie, ale jak on się potrafi rozciągnąć! Mała demonstracja na misiu dzieci :) 



      Na sobie fotek nie będę robiła, żeby tu nikogo nie zgorszyć, cha, cha :) Ale tak jak widać na modelce choćby na opakowaniu majtek - one się mocno rozciągają, dopasowują do kobiecego ciała, nic w nich nie gniecie, nie uciska, nie przeszkadza. Ja po prostu czułam się tak, jakbym nie miała majtek w cale ubrane! Na początku to nawet parę razy sprawdzałam idąc do łazienki w szpitalu czy ja te majtki w ogóle mam na sobie?!
     
      Jeśli chodzi o kwestię prania majtek. Nie wymagają niczego specjalnego - trochę mydła lub płynu do prania, w wodzie raz dwa są przeprane i szybko schną. Nie prałam ich w pralce, ale podejrzewam, że można z delikatnymi ciuszkami też je wyprać. Dlaczego pisze z delikatnymi? Dlatego, że ta siateczka nylonowa, z której są wykonane majtki, jest podatna na wszelkie zaciągnięcia. Wystarczy nawet jakiś zadzior choćby w naszych paznokciach i podczas podciągania czy ściągania majtusiów możemy je zaciągnąć. Moje majtki są trochę pozaciągane, ale muszę jeszcze dodać, że żadna dziurka mi się w nich jeszcze nie zrobiła. 

      Poza tym majtki super spełniają swoją funkcję przytrzymywania podkładów poporodowych, a nawet zwykłych podpasek. Oczywiście jest różnica w podkładach czy podpaskach - chodzi mi o to czy mają one pasek z klejem czy nie mają. Ale te z klejem łatwo się przyklejają do majtek Canpola, jak również łatwo się odklejają. A jeśli używamy podkładu bez paska z klejem lub podpaski bez tego kleju, to majtki też dosyć dobrze utrzymują daną wkładkę na miejscu.

      Ja tam jestem mega zadowolona z tych wielorazowych majtek Canpol - i choć dostałam ten produkt za darmo, do testów, to nie dlatego piszę, że jest fajny! U mnie sprawdzają się rewelacyjnie te majtki i z czystej dobrej woli mogę je polecić każdej mamie po porodzie! One ułatwiają swobodę i poruszania się i ja w nich czuję się mega komfortowo. I tak na koniec napisze, że czy mam ubrane spodnie czy spódniczkę, nikt nawet odcisków po majtkach nie widzi - majtki te są tak cienkie i tak fajnie przylegają do ciała, że nie widać ich obrzeży, żeby przebijały się przez nasze ubrania. 

      A Wy jakich majtek po porodzie używałyście, używacie bądź macie zamiar używać? W ogóle to jak Wam się podobają te majty z Canpol? Macie jakąś opinię na ich temat? Chętnie przeczytam Wasze opinie :)

piątek, 26 czerwca 2015

Mój trzeci synek :)

     Witam się z Wami po małej przerwie. W końcu się doczekałam i mój bobas dokładnie tydzień temu urodził się siłami natury! Choć miałam małą pomoc, bo poród był wywoływany, ale poszło w miarę szybko, nie powiem, że bezboleśnie - o nie! Ale chwila bólu, 2 parcia i synek po chwili leżał na moim brzuszku a dumna i zadowolona mama przecinała sama pępowinę :) !!! 

     Dziś nie będę się rozpisywała o samym porodzie, to innym razem, ale pochwalę się moim Skarbkiem najmłodszym - Hubertem :) Dodam tylko, że przy porodzie mierzył 56 cm, ważył 3740g i dostał 10 punktów. No i od poniedziałku już jesteśmy w domku. Tu jednak człowiek najlepiej dochodzi do siebie :)



     A tutaj dumna mamcia ze swoimi synkami na spacerku w lesie :) 


     Jakże się cieszę, że jesteśmy już wszyscy w komplecie :) 


czwartek, 18 czerwca 2015

Trzeci chłodnik - czosnkowo-koperkowy.

      A więc spieszę się z pokazaniem Wam trzeciego chłodnika WINIARY czosnkowo - koperkowego. Choć nie mam dziś w ogóle weny na robienie chłodnika, bo zimno i deszczowo u nas, ale zrobiłam, smaknęłam  i Wam go tu przedstawiam szybcikiem. Ponieważ jeszcze dziś mam stawić się w szpitalu. Tak trochę prywaty wrzucam w ten tekst, ale byłam dziś u gina i maluszek mało się rusza, a że akurat na dziś mam termin porodu, to lekarz nie chcąc ryzykować, wypisał skierowanie i mam udać się do szpitala. Ale wracając do chłodnika :)


     Lista produktów z opakowania:
- jogurt naturalny(500ml),
- 1/2 zielonego ogórka (150g),
- mały pęczek rzodkiewki (100g), 
- świeża mięta (5g).

     W moich letnich inspiracjach ambasadorki jest jeszcze taki ciekawy przepis na ten chłodnik:
- jogurt naturalny (500ml),
- ogórek zielony (150g),
- 2 łodygi selera naciowego, 
- 100g sera pleśniowego lazur,
- 1 łyżka posiekanego koperku,
- 1 łyżka posiekanego grubego szczypiorku.

     I znów można pokombinować z czymś innym. Ale ja robiłam podstawowy przepis.

Tym razem jak widzicie wybrałam jogurt naturalny firmy Zott. Rzodkieweczka z mojego ogrodu, a mięta też nasza - dobrze że rośnie pod domkiem :)








No i hop do lodówki na godzinkę, a potem smaknęłam i choć wczoraj pisałam, ze wolę ogórkowy chłodnik, to dziś zdanie zmieniłam: czosnkowo-koperkowy to mój namber 1 !!!


SMACZNEGO :) :) 

      Tym razem jest dodane wszystko co było w przepisie i nawet więcej, bo sobie na górę posypałam jeszcze rzodkiewkę :) Muszę przyznać, że mięta tutaj odgrywa dużą odświeżającą rolę!!! Naprawdę samkowicie jadło się ten chłodnik! Szkoda, że pogoda dziś nie zachęcała do jedzenia chłodniku, ale naprawdę jestem pod wrażeniem tego smaku. Polecam Wam szczerze ten czosnkowo-koperkowy chłodnik Winiary na wszystkie upalne dni! Czy to tylko do pojedzonka tak sobie, żeby orzeźwić się troszkę, albo do grilla, albo nawet do piwka! A co! Mężu mój stwierdził, że zarówno ogórkowy, jak i ten właśnie czosnkowo-koperkowy do piwka też będą smakowały! A może do chlodników tych spróbować tak podjadać sobie takosy albo czipsy! O! To też pomysł do wypróbowania! Dodam jeszcze, że ten jogurt Zott jest w smaku delikatny i fajnie mi podszedł smak tego jogurtu w tym chłodniku. Chyba polubię jogurty naturalne, ale tylko niektórych firm.

     Oki. Tak na koniec tylko mała prośba - trzymajcie kciuki za mnie i dzidzię! Żebyśmy raz dwa wrócili cali, zdrowi i szczęśliwi ze szpitala do domku. Potem się odezwę i napiszę. Do usłyszonka Kochani i smakować chłodniki !!! 


środa, 17 czerwca 2015

Drugi chłodnik - ogórkowy.

      Nadszedł czas na drugi chłodnik WINIARY - tym razem ogórkowy.


      Na opakowaniu napisana lista produktów:
- jogurt naturalny (500ml),
- 1/2 ogórka zielonego (150g),
- ser twarogowy chudy (100g),
- świeży koperek (5g).

     W ulotce obdarowane osoby mogły przeczytać inny trochę spis produktów do tej zupki:
- jogurt naturalny (500ml),
- 1 szkl. kulek wydrążonych z melona,
- opakowanie mozzarelli w kulkach,
- ogórek zielony (150g),
- 1 łyżka posiekanej bazylii.

     Czyli jeden chłodnik znów można przygotować w róznych wersjach, ja w swojej ulotce ambasadorki mam jeszcze inną wersję, w której dodaje się ser fetę + awokado + rzodkiewki + sok z cytryny + jogurt naturalny. Więc można pokombinować z chłodnikami.

     Teraz moje przygotowania chłodnika ogórkowego. Jak widzicie, tym razem wypróbowałam jogurt firmy Bakoma.



Sam chłodnik z wodą rozmieszany wygląda troszkę jakby był zważony, ale nie zrażajcie się tym. 







     Jak widzicie ja w swoim chłodniku nie mam kawałków twarogu - dlaczego? A no nie lubię takiego twarogu! Ale powiem Wam, że później doczytałam w swoim przewodniku, że właśnie rzodkiewkę można dodać do niego i sobie do miseczki wkroiłam - smakowało mi bardzo. Choć akurat z rzodkiewką nie mam fotki, a szkoda. 

     Tutaj pisałam o chłodniku buraczkowy i pisałam, że nie lubię jogurtu naturalnego. Ale nie zraziłam się tym i postanowiłam, że będę testowała zarówno z chłodnikami jak i z jogurtami. Dlatego tym razem padło na gęsty jogurt naturalny firmy Bakoma. Przyznać muszę szczerze, że sam chłodnik po tej godzince w lodówce był gęstszy niż ten buraczkowy z tanim i rzadkim jogurtem. No i o dziwo właśnie smakował mi ten chłodnik! Szkoda tylko że było u nas ochłodzenie, bo w te chłodniejsze dni, to raczej człowiek ma ochotę na coś ciepłego do zjedzenia, niż na zimny chłodnik. Cóż było począć, nie patrzyłam w okno, nie zwracałam uwagi na pogodę, chłodnik zrobiony - chłodnik zjedzony! A co! Przecież muszę się spieszyć, bo termin porodu już na jutro, a ja jeszcze trzeciego smaku chłodnika nie zrobiłam i nie posmakowałam. Czy Wy już wypróbowaliście chłodnik ogórkowy?

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Pierwszy wypróbowany chłodnik - buraczkowy.

       Nadszedł czas na wypróbowanie chłodników WINIARY, które dostałam do testów - opisanych tutaj. A jako że uwielbiam buraczki w każdej postaci, zaczęłam od BURACZKOWEGO CHŁODNIKA. 


      Jak widać na opakowaniu jest lista potrzebnych nam produktów do zrobienia tego chłodnika. Potrzebujemy:
-  jugurtu naturalnego (500ml),
- 1/2 zielonego ogórka (150g),
- 3 jajka,
- świeży szczypiorek (5g).

     Na ulotce, które dostały osoby obdarowane przeze mnie jest jeszcze troszkę inna podana też wersja:
- jogurt naturalny (500ml),
- 3 jajka,
- ogórek zielony (150g),
- paluszki surimii (100g),
- łyżka posiekanego koperku.

      Jak widać, można zrobić ten chłodniczek w podstawowej wersji, jak i urozmaiconej. Można też spróbować w swój własny sposób urozmaicić ten przepis. A teraz popatrzcie, jak ja przygotowywałam Chłodnik Buraczkowy.

Posiekane:jajko, ogórek i szczypiorek oraz 2 jajka przekrojone na ćwiartki.



Tutaj już ochłodzona czerwona część chłodnika i w drugim garnku jogurt.

Teraz będziemy do jogurtu dodawać po kolei wszystkie produkty.






A tak wygląda wymieszany już i ochłodzony przez godzinę w lodówce chłodnik.


SMACZNEGO :)
       
     Tak, to tyle w teorii i fotografiach mojego wykonania. Teraz kilka słów ode mnie o tym chłodniku buraczkowym. Nie raz i nie dwa już przygotowywałam Barszcz Czerwony Winiary i szczerze powiedziawszy, ten chłodnik jeszcze przed wymieszaniem z pozostałymi produktami smakował mi strasznie podobnie do barszczu tej firmy. Choć z nutką innego posmaku, możliwe że to chodzi o suszony czosnek i cebulę, które są w sproszkowanym chłodniku. Czosnek w barszczu sproszkowanym też jest, ale w dużo mniejszej ilości i to chyba te dwa warzywka tutaj w tym chłodniku dają taki specyficzny posmak. Ja osobiście uwielbiam zarówno czosnek jak i cebulę - sporo używam tych dwóch warzyw u siebie w kuchni. Jednak troszkę aromat i smak samego rozrobionego chłodnika mi nie podpasował do końca. Ale, ale, przecież musimy jeszcze wymieszać rozrobiony chłodnik z pozostałymi produktami! Wtedy będzie próba smaku numer dwa. I po wymieszaniu już wszystkich składników posmakowałam ten chłodniczek - no i niby smak był lepszy, ale wciąż coś mi nie pasowało! Jednak jeszcze trzeba chłodnik schłodzić przez godzinkę w lodówce! Potem zrobiłam próbę smaku numer trzy :) W miseczkę wlałam sobie porcyjkę chłodnika, dorzuciłam 2 ćwiartki jajka ugotowanego na twardo i smaknęłam. No powiem szczerze, że jednak jadłam lepsze chłodniczki w swoim życiu!!! Bo jednak ten specyficzny jakiś aromat troszkę mi przeszkadzał, no i jest druga sprawa, o której jeszcze tutaj nie wspomniałam - ja nie lubię jogurtów naturalnych!!! Muszę też zaznaczyć, że jogurt naturalny jednej firmy nie jest równy jogurtowi naturalnemu innej firmy! Dlatego tutaj postanowiłam wypróbować jogurt firmy Polana, ale do innych chłodników użyję jogurtów naturalnych innych firm. Może któryś jogurt mi podpasuje? Kto to wie :) No ale żeby się przełamać, to starałam się właśnie wykonać wszystko według przepisu na opakowaniu i przemogłam się, smakując i zjadając porcję nawet z dokładką!!! 
     Na upalne dni, takie jak ostatnio u nas na Kaszubach są, to przyznaję rację, że taki chłodnik potrafi nieźle ugasić pragnienie, ochłodzić i jednocześnie troszkę człowiek sobie podje :) Jednak chciałabym zaznaczyć jedną ważną dla mnie sprawę!!! Na opakowaniu jest napisane, że wychodzą z 1 opakowania 4 porcje. Ok. Wszystko rozumiem. Tylko jakie te porcje są wielkie??? No nie za wielkie! I to jest taki minus. A dlaczego piszę, że minus?! A dlatego, że gdybym chciała podać ten chłodnik wykonany z 1 opakowania na obiad mojej (jeszcze) 4 - osobowej rodzince, to dostali by tylko takie małe porcyjki w miseczkach. Jest to raczej porcja taka lajtowa, jak ktoś chce coś zjeść, ale nie najeść się do syta lub po prostu jak ktoś mało je. A gdybym miała podać ten chłodnik mojej rodzince w formie obiadu, to musiałabym z 2 lub i 3 opakowań go przygotować. My lubimy zjeść sporą ilość zarówno zupki jak i drugiego dania :) Może i po nas nie widać, ale głodomorki z nas :) 
     Ok, to tyle o buraczkowym chłodniku WINIARY. Już niedługo następny przygotowany i posmakowany chłodnik opiszę. A Wy już smakowaliście buraczkowego chłodnika? Jak Wam smakował? A może spotkaliście się już z tymi chłodnikami w sklepie u siebie? Bo ja już jeden sklep wyczaiłam, gdzie mogę sobie kupić takie chłodniki. 

wtorek, 9 czerwca 2015

Chłodniki WINIARY.

     Na stronce Rekomenduj.to jestem od niedawna, tym bardziej miło mi się zrobiło, kiedy dostałam się do mojej pierwszej kampanii testującej właśnie u nich. Jeszcze milej mi się zrobiło, kiedy się dowiedziałam co będę testowała :) Firma WINIARY bardzo dobrze mi się kojarzy, ponieważ znane są mi ich produkty. Między innymi zupki w proszku Winiary, najbardziej żurek i barszcz czerwony. Bo te najczęściej kupuję. A dziś przedstawiam Wam nowość CHŁODNIKI WINIARY. Podobno są już dostępne w niektórych sklepach, no ja ich nie widziałam u siebie, ale będę się rozglądała. 


      Tak się pięknie prezentowała moja paczuszka Ambasadorki :) I jakież moje było zdziwienie, że w środku dla mnie było aż 6 chłodników, była tam jeszcze doniczka i nasionka do wysiewu: 1 op. kopru, 1 op. szczypiorku i 1 op. mięty pieprzowej. Koper i szczypiorek są wysiane  w ogródeczku i tylko czekam kiedy zaczną wyrastać. A mięta została wysiana w sprezentowanej doniczce. Niech rośnie :) 




     Do rozdania dostałam 14 chłodników i 30 ulotek. Jeszcze mi kilka zostało. Wiecie, jestem teraz na trochę wolniejszych obrotach przez moją ciążę, ale muszę się streścić, rozdać je i potem czekać na opinię o nich. 
     Przyznam się szczerze, że jestem mega ciekawa smaków tych chłodników. Jeden ostatnio wypróbowałam, ale o tym w innym poście napiszę. A tak poza tym, to aż wstyd się przyznać, że nigdy wcześniej sama chłodnika nie robiłam! Jeść owszem jadłam i to różne. Tym bardziej ciekawią mnie te smaki chłodników Winiary. A Wy znacie już te chłodniki? Co o nich sądzicie? A może też już jesteście na stronce Rekomenduj.to i też macie okazję testować te chłodniki? 

wtorek, 2 czerwca 2015

A takie tam widoczki.

     Wiecie, uwielbiam kwiatki - no chyba jak każda kobitka, ale uwielbiam nie tylko je dostawać czy nimi kogoś obdarowywać. Ale uwielbiam też je mieć zarówno w domku jak i w okół domku :) W ubiegłym roku kupiłam krzaczek Azalii, w tym roku doczekałam się pierwszego rozkwitniętego pączka :) Niedługo chyba jeszcze jakieś się rozwiną - ach jak ten widok cieszy :)




     Poza tym mój rododendron czy jak zwą go inaczej różanecznik, też wsadzony w ubiegłym roku, w tym w końcu pączki otwiera :)



     Poza tym obstawiam domek doniczkami z pelargoniami, choć w tym roku postanowiłam w 2 doniczkach zrobić taki misz - masz pelargonie z innymi kwiatkami ( zapomniałam ich nazwy). Ale moim zdaniem wygląda to fajnie :)





     A teraz kilka widoczków z dnia dzisiejszego. Fotki robiłam o 4.30 rano, pierwsze w domku, a następne po drodze, jak odwoziłam męża do pociągu. Tak pięknie słonko wstawało, a po pół godzinki już go widać nie było i do tej pory nie widać, bo się u nas chmurzy i chyba będzie padało. Dodam tylko, że domek widoczny na fotkach robił mój mężu dla naszych dzieci :) Domek jeszcze w 100% nie skończony :) Jeszcze kiedyś tu o nim wspomnę :)







     Po drodze robiłam jeszcze fotki sarenkom i zajączkom, ale te zwierzaczki były tak daleko, że mój aparat porobił niewyraźne fotki i tu ich Wam nie pokażę. Jednak u nas rano można naprawdę masę sarenek i zajączków poobserwować i dosyć często też jastrzębia lub sokoła. Jak kiedyś uda mi się ich ładnie sfotografować, to Wam pokażę:) Teraz jeszcze bociek, żurawie i inny ptaszek sfotografowane u mojej mamy w niedzielę. 





      Jak cudnie tak podpatrywać tę naturę :) Tym radość większa, jak uda się jeszcze nawet takie maleństwa w szuwarach sfotografować :)