czwartek, 9 lipca 2015

Wspomnienia szpitalne cz.2.

     Tutaj opisywałam Wam poród, a teraz kilka moich szpitalnych wspomnień. O dziwo, są dosyć miłe. Teściowa moja miała rację mówiąc, że póki jestem w szpitalu to mam odpoczywać ile się da, bo jak wrócę do domu, to znów ta cała masa obowiązków na mnie spadnie! Prorocze słowa :) 

     W momencie, kiedy na oddziale poporodowym przyniesiono mi ubranego synia, byłam mega szczęśliwa! W końcu mogłam ściskać, całować tego malutkiego człowieczka! Mogłam policzyć jego paluszki, zobaczyć czy ma wszystko i czy wszystko jest na miejscu - no w końcu był przy mnie! I tylko zastanawiałam się czy będzie tak dawał mi popalić, jak kiedyś jego dwaj bracia zaraz po porodzie?! A ten mały człowieczek cichutko leżał obok mnie w łóżku i oczy tylko wędrowały mu po całym pokoju, ciągle i ciągle, jakby rozglądał się - gdzie on się teraz znajduje! I tak minęło nam 40 minut, na tym przyglądaniu się sobie nawzajem i obserwowaniu otoczenia. Potem zaczął postękiwać i dobitnie pokazywać, że chce cycusia. O dziwo poszło dosyć gładko pierwsze przystawienie, załapał cycusia i ładnie ssał mleczko. 

     Tego pierwszego dnia co chwilę przychodziła albo położna do mnie, zapytać się - jak się czuję?, albo pielęgniarka od dzieci z pytaniem - czy w czymś pomóc?, albo czy wszystko w porządku? A nawet położna z porodówki tego dnia aż 3 razy zajrzała do mnie i maluszka :) Chyba nas polubiła :) W pokoju ze mną była jeszcze jedna mama z syniem. Ona urodziła godzinę po mnie, a razem w poniedziałek wychodziłyśmy. Co do personelu, to naprawdę nie mam się do czego przyczepić - chodziły, dopytywały, chciały pomóc jak by co, nawet w nocy kilka razy zaglądały do nas i dopytywały, czy wszystko ok? Wieczorkiem przychodziły dwie panie myć dzieci, jak nadchodził obchód - czy to wieczorny, czy poranny, wcześniej informowały nas położne, żeby majtochy ściągać, bo doktor idzie. Co do jedzenia, no to już inna historia. Wiadomo, że byłam w szpitalu, a nie w hotelu. Śniadania, to zawsze zupa mleczna - fuuuuujjjjjjj! Nienawidzę zup mlecznych, ale 2 razy skusiłam się, żeby kilka łyżek tego ochydztwa machnąć. Poza tym zawsze były 3 kawałeczki chlebka, mała kosteczka masełka i do tego różnie: a to pomidorek, ugotowane na twardo jajko, paróweczki. To prawie samo, tylko bez zupy na kolacyjkę. Najlepsze były obiadki - zawsze jakaś zupka i drugie danie! Mmmmm... to mi smakowało:) Nawet ryba ugotowana na parze bez jakichkolwiek przypraw była pyszna! Do dobroci można się szybko przyzwyczaić :) 

      Pierwszego dnia miałam więc lajcik, bo synio sporo spał, telefon nie dzwonił w cale, bo wszyscy dali mi odsapnąć po porodzie i telefony zaczęły się dopiero na drugi dzień. Panie położne i pielęgniarki od dzieci dalej chodziły i dopytywały czy wszystko ok :) Ale zarówno ja, jak i  moja współlokatorka radziłyśmy sobie. Choć nasze bąki później zaczęły dawać trochę do wiwatu - jakoś w dzień ładnie spali, a w nocy małe wariowanko było, ale udawało nam się pospać w ciągu dnia. Nasze maluszki oczywiście spadły z wagi zarówno w pierwszej jak i w drugiej dobie. Więc nie było szansy, żeby wyjść w niedzielę. Ale może to i dobrze! Bo w poniedziałek u synia zauważyłam mały jakby wylew krwi na powiece. Jak to lekarz mi potem powiedział, jest to pęknięta żyłka, no i mam to obserwować, bo powinno się wchłonąć, ale może zacząć puchnąć i mógłby zrobić się żylaczek. Wtedy musimy szybko z syniem jechać do okulisty. Poza tym wagowo dobył, no i więcej zastrzeżeń do nas nie było i dostaliśmy wypis do domku! Oj cieszyłam się bardzo! 

     Dumny i zadowolony tato z Patryniem po nas przyjechali - Ksawery czekał w domku z wujkiem D. Jak tylko przekroczyłam próg domu, czułam zarówno zadowolenie, jak i nerwy! Nerwy miałam na męża i brata, bo mieli skończyć szlifowanie pokoi nim wrócimy, a w domu wszędzie był syf i malaria! No dobra, trochę przesadziłam, bo pokoje na dole były pozamykane, więc tam się nie nakurzyło, ale już sam korytarz cały zakurzony, góra cała w kurzu! Ehhh... Ale w końcu ochłonęłam, bo przecież to było do ogarnięcia :) Więc jak mężu szykował obiadek dla nas ja wzięłam się od razu za porządki - wykorzystałam ten czas, kiedy Hubi jeszcze spał po podróży.Czyli w tym momencie wróciły do mnie słowa teściowej - w domu już nie było czasu na odpoczynek :) Wróciłam do rzeczywistości :) 

10 komentarzy:

  1. Ale masz fajnie, że już jesteś PO! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana za jakiś czas Ty też będziesz już po :)

      Usuń
  2. Podziwiam, że od razu dałaś radę sprzątać ja poporodzie naturalntm z 2 tyg leżałam plackiem, a po cc już nie wspomnę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po 2 wcześniejszych porodach nie czułam się tak dobrze, ale ten poród był całkiem inny niż tamte!

      Usuń
  3. Majtochy ściągać bo doktor idzie? Nie ogarniam tego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież na poporodowym majtek nie wolno mieć ubranych! Ale każda kobita i tak nosi, więc jak obchód się zaczyna, to pielęgniarki uprzedzają o tym i każą pościągać, bo lekarz opierniczy jak w majtach kobitę zastanie :)

      Usuń
    2. Dziwny zwyczaj. Tam gdzie ja rodziłam nie było takiego zakazu.

      Usuń
    3. A widzisz, ja dwóch synków w Gdyni rodziłam, tam też nie można było mieć majtek ubranych, teraz w Kościerzynie rodziłam też nie można było, z rodziny gdzie kobitki rodziły, to też nie można było mieć ubranych majtek, więc to ogólnie wszędzie tak jest, tylko może jedni lekarze nie zwracają an to uwagi. Bo i tak wiedzą, ze kobity ubierają te majtki.

      Usuń