czwartek, 29 grudnia 2016

"Szału nie ma jest rak" z ks. Janem Kaczkowskim rozmawia Katarzyna Jabłońska.

     To już 3 książka o księdzu Kaczkowskim, którą przeczytałam w tym roku. Dwie poprzednie opisywałam tutaj i tutaj. Każda z tych 3 książek różni się od siebie. Aczkolwiek tę trzecią czytało mi się najlepiej!


     Pani Jabłońska w bardzo luźny, spokojny i swojski sposób rozmawia z księdzem Kaczkowskim. Można w tej książce dowiedzieć się całkiem nowych rzeczy, całkiem nowego spojrzenia księdza Jana na pewne sprawy, których w dwóch poprzednich książkach nie znaleźliśmy. W tej właśnie książce jest sporo miejsca poświęcona pracy w Puckim Hospicjum, atmosferze panującej w tym miejscu, ludziom, którzy tam pracują i przebywają lub przebywali. Ale także możemy dowiedzieć się wiele na temat potrzeby bliskości, miłości, seksie czy grzechu. Dowiemy się również co to takiego AREOPAG ETYCZNY. 

     Jeśli jeszcze jej nie czytaliście, to zapraszam Was do lektury. Bo odpowiedzi księdza Jana są wesołe, zrozumiałe dla wszystkich i można po przeczytaniu tej książki na kilka spraw spojrzeć z całkiem innej perspektywy.

sobota, 24 grudnia 2016

Życzenia świąteczne.

      Już większość potraw przygotowane, jeszcze tylko małe co nie co zostało do zrobienia, a potem wyszykować siebie i całą rodzinkę i ruszamy w drogę. Bo my wigilię spędzamy w tym roku u mojego brata. Potem kolejne dni świąteczne zapowiadają się rodzinnie, objazdowo i wesoło. 


     Mam nadzieję, że kiedy już odsapniecie po bojach w kuchni, to znajdziecie chwilę na przeczytanie tych życzeń. 


     
      Wesołych i rodzinnych świąt, spędzonych w miłym gronie, smacznych dań, wymarzonych prezentów i do usłyszenia po świętach :)


wtorek, 20 grudnia 2016

Danonki w saszetkach.

     Jogurty kupuję często. Nawet bardzo często. Bo przy naszej 5-cio osobowej rodzinie, każdy jogurty lubi i każdy ma na nie chęć. Co do smaków, to chyba wszystkie smaki u nas wchodzą w grę. Ale szczerze powiem, że truskawkowe to chyba jednak mają najmniejsze wzięcie. Przynajmniej u moich synów! A tym razem od TRND dostaliśmy do przetestowania Danonki o smakach:waniliowym i truskawkowym. Są to jogurty w saszetkach.

Hubi ledwo wyszedł ze sklepu od razu jogurcik zjadł w samochodzie :)

     Jogurty są zazwyczaj w kubeczkach. W domu nie ma najmniejszego problemu, aby dorosły czy dziecko zjedli sobie taki jogurcik. Problem pojawia się, gdy na przykład zachce nam się jogurciku na spacerze czy choćby będąc na zakupach! No bo jak z kubeczka go wydłubać? Ja wtedy najczęściej kupuję sobie jogurt pitny. Mąż, czy dwójka starszych dzieci też takowe dostają. Ale nasz najmłodszy wtedy jest poszkodowany. Sam pitnego jogurtu nie da rady się napić - obleje się. A Danonki w saszetkach są rewelacyjne dla niego! Ilość jak na razie odpowiednia dla półtorarocznego smyka. Sam radzi sobie z wysysaniem jogurciku! Smaki co prawda mogły by być jeszcze i inne do wyboru. Bo tylko 2 są: wanilia i truskawka. No ale nie jest najgorzej. Najmłodszy jogurcik zjada i w domku, i w samochodzie, i na spacerze czy nawet łażąc z mamą na przedświątecznych zakupach! A te jednak trochę trwają, bo trzeba tyle rzeczy jeszcze kupić, a kolejki wszędzie się tworzą i czas leci nim wrócimy z zakupów do domku. 


     A taka mała przekąska zadowoli i uspokoi mojego małego pomocnika :) Jogurt ten nie posiada barwników i konserwantów oraz sztucznych barwników! Doszukałam się takowych informacji, że spora grupa osób zarzuca Danonkom, iż zawierają sam cukier! Na opakowaniu nie ma takiej informacji, ale Danonki odsyłają do strony DANONE aby odszukać info o całym składzie owego jogurtu. Jednak ja osobiście napiszę, że nie jestem aż takim paranoikiem, nie mam jakiejś mega misji, aby tak dokładnie zaglądać w każdy produkt spożywczy, który będę chciała podać któremuś z moich dzieci. Więc choć nie zawsze czytam etykiety ze składem, to nawet jak czytam i doczytam się, że dany produkt zawiera coś złego - to i tak go kupię. Kupię i podam dzieciom oraz sobie również. Dlaczego? Powtórzę się - bo nie mam paranoi! Jak moim dzieciom to smakuje, to dlaczego mam im odmawiać małej przyjemności?! Sama też kupuję sobie jogurty i nie zawsze patrzę na skład - możliwe że też faszeruję się cukrem. Ale jakoś mi to nie szkodzi, ani tego po mnie nie widać :) Więc ogólnie wszem i w obec ogłaszam, że DANONKI NAM SMAKUJĄ I Z NAMI ZOSTAJĄ :) 



środa, 14 grudnia 2016

Drzewo genealogiczne - do szkoły.

     Ja też kiedyś chodziłam do szkoły. I wierzycie lub nie, ale nigdy nie robiłam do szkoły drzewa genealogicznego! Dlaczego? Nie pamiętam czy w ogóle mieliśmy takie zadanie! A dziś mogę z ręką na sercu przyznać, że w ciągu roku, ba!, nawet w ciągu 2 miesięcy razem z synami i mężem wykonałam aż 3 drzewa genealogiczne do szkoły i to na 3 różne sposoby!


     To jest jedno z tych 3 drzew genealogicznych. Przepraszam, że trochę rozmazane, ale jaki fotograf - takie zdjęcie! No nie popisałam się. Ale z drzewa jestem dumna! To akurat najstarszy na historię miał przygotować. Trochę udało mi się danych pozbierać, których wcześniej nie znałam. Choć uważam, że mogliśmy jeszcze dalej poszukać, ale czasu było na to za mało. No nic, zawsze można jeszcze coś dopracować do tego drzewka później. 

     Drugie drzewko średni synio miał przygotować na język polski. Tym razem zrobiliśmy tylko takie, że wypisane były nasze dzieci, my, nasi rodzice, rodzeństwo i dziadkowie - dalej już nie pisaliśmy. Też fajnie wyszło.

     Trzecie drzewko genealogiczne średni synio miał przygotować na język angielski. Miały być podpisy po angielsku i namalowane twarze tych osób - więc na drzewku są tylko dzieci, my - rodzice i dziadkowie. 

     Normalnie czyste szaleństwo z tymi drzewkami genealogicznymi! Ale najzabawniejsze jest to, że wykonywaliśmy je wszystkie rodzinnie i nawet mieliśmy przy tym dużo zabawy :) Czy Wy też robiliśmy jakieś drzewka genealogiczne? Czy może nie bawicie się w takie zabawy?

sobota, 3 grudnia 2016

Przedstawiam Bestię i Psotkę :)

      Kotkę już mieliśmy, ale pewnego dnia wyszła z domu i nie wróciła. To było ponad rok temu. Nie chciałam już mieć kota w domu. Ale najstarszemu brakowało naszej Kochaniutkiej - tak tamta kotka się nazywała. No cóż. Postanowiliśmy z mężem, że spróbujemy raz jeszcze z kotką i przygarniemy jakąś małą do domku. No i jest z nami już od ponad miesiąca. Nazywa się Psotka :)



     Uwierzcie, ale goniłam ją z aparatem po całym domku i większość zdjęć musiałam usunąć, bo niewyraźne były. Te 2 tylko wyszły wyraźne. Tak wygląda nasza Psotka. A imię do niej pasuje, bo naprawdę lubi psocić. :) 

      Poza tym drugim naszym nowym członkiem rodziny jest Bestia - nasz nowy piesek. Mężu jakoś w wakacje rozmawiał z naszym dalszym sąsiadem, że chcemy od nich małego psiaka, ale wtedy już miał kto inny go dostać. No i na tym gadka się skończyła. Aż to dnia pewnego, siedzę z najmłodszym w domu, bo dwójka starszych w szkole, a mężu w pracy i dzwonek do drzwi. Stoi sąsiad, ten dalszy sąsiad, trzyma pudełko i pyta się - czy to z tym pieskiem to jeszcze aktualne??? Hmmmm.... W pierwszym momencie nie zajarzyłam o co mu chodzi?! Aż po chwili olśniło mnie i powiedziałam, że tak. No to dał mi pudełko z psiakiem i pojechał do domu. Takim sposobem przygarnęliśmy Bestię :)



      Sąsiad zdążył mi powiedzieć, że pies nie ma być za duży - bo małego do domku chcieliśmy. Oby faktycznie nie urósł za wielki! No i dłuuugo imienia mu szukaliśmy. Aż stanęło BESTIA. O dziwo wszyscy się zgodzili :) A wiecie co najbardziej mnie rozczula? Jak psiak z kotem w łazience na legowisku razem, przytuleni do siebie śpią! Albo jak kotka psiaka liże - czyści. No napatrzeć się czasem na nich nie mogę :) Słodcy są :)

      W taki oto sposób rodzina powiększyła mi się w przyspieszonym tempie :) 

czwartek, 24 listopada 2016

"ALVETHOR. Białe Miejsce" Magdalena Kałużyńska.

     Książkę tę wybrałam sobie sama na spotkaniu Może nad morze - Spotkanie blogujących mam w Koszalinie. Zaciekawiła mnie okładka. Lubię horrory, kryminały, książki w których czasem leje się krew. Tego typu książki pobudzają inaczej mój mózg.


''ALVETHOR.BIAŁE MIEJSCE.''
Magdalena Kałużyńska




     Kilka dni temu wzięłam się w końcu za tę książkę. I wiecie co, sama nie wiem co mam myśleć o niej?!. Nie wiem jak Wam ją tu przedstawić! Jak o niej napisać! 

     Zaczyna się dosyć dziwnie, aczkolwiek ciekawie. Jak to w kryminale czy horrorze bywa, jest wątek zagadki, jest wątek morderstwa, no po prostu dzieje się. Później poznajemy pewnego fryzjera. Który chcąc nie chcąc zostaje rekrutem. Ale jakim rekrutem zapytacie? Hm... rekrutem, który ma pewne zadanie i je wykonuje. Jaką za to płaci karę? Lub inaczej, co się potem z nim dzieje? No ale nie będę Wam tu wszystkiego opowiadała, bo poznajemy później pewną panią pułkownik, z którą też wydarzy się coś ciekawego i dziwnego zarazem. Będzie też kolejny rekrut w książce przedstawiony, tym razem w damskiej postaci.No i pani generał też tutaj się pojawi, która ma pewną fobię, aczkolwiek to pewnie dzięki niej została wybrana na swoje stanowisko. 

     Ogólnie to czym bardziej zagłębiałam się w tej książce, tym bardziej najpierw nie rozumiałam pewnych rzeczy i zdarzeń, które w dalszej części zaczęły się tam jakoś wyjaśniać, klarować i łączyć w całość.  Choć nie do końca. Denerwowały mnie trochę tak częste w tej książce zwroty:
KWANTYFIKACJA TEZY. NIEPRAWIDŁOWA FORMUŁA KWESTIONUJĄCA. INFORMACJA ŹRÓDŁOWA.  No ale poniekąd sens tych słów zrozumiałam podczas czytania. Mam jednak niedosyt - koniec książki brzmi pytająco: CO TERAZ? Czyli tak jakby nie ma sensownego zakończenia. Z drugiej strony dlaczego miało by być?! W całej książce można tak poluzować wodze fantazji w wyobrażeniu postaci, tych dziwnych postaci, że nawet i książka może zakończyć się dziwnie. 

     No dobra. Ja ją przeczytałam i jeśli macie mocne nerwy i lubicie takie książki, gdzie krew leje się strumieniami - nie w całej książce ale w pewnych momentach, to sięgnijcie po tę książkę i przeczytajcie. Ja natomiast z chęcią sięgnę jeszcze po książki pani Magdaleny Kałużyńskiej. Bo ciekawi mnie, czy wszystkie książki kończy z takim niedopowiedzeniem. 

wtorek, 15 listopada 2016

Trzymać dziecko do chrztu? Czy może odmówić?!

     Kiedy rodzi się dziecko, a rodzice są katolikami, to myślą od razu o chrzcie i o wybraniu chrzestnych rodziców. Czasem o tych rodzicach chrzestnych myśli się nawet jak jeszcze dzieciątko w brzuszku jest. Przynajmniej ja z mężem myśleliśmy nad wyborem chrzestnych jeszcze kiedy moi chłopcy byli w moim brzuchu! 



     Nie powiem jakimi kategoriami kierowali się moi rodzice w wyborze chrzestnych dla mnie czy dla mojego rodzeństwa, nie wypowiem się również czym kierowali się moi teście w wyborze takich chrzestnych a nie innych dla każdego ze swoich dzieci. Ale jako że każdy miał rodzeństwo, to wybierali kogoś z rodzeństwa. Czasem wybierali małżeństwo, a czasem tu brata, a tu siostrę, itp. 

     Kiedy my z mężem wybieraliśmy chrzestnych dla każdego z naszych dzieci po kolei, to wbrew wszystkiemu poszło nam dobrze i bez kłótni. Każde z nas ma trochę rodzeństwa, więc było w kim wybierać. Aczkolwiek mega mnie zaskoczył i nawet zezłościł troszkę fakt, kiedy do drugiego synka poprosiliśmy jedną z sióstr męża, aby została chrzestną - a ta odmówiła! Dlaczego? Bo w tym czasie, kiedy miał być chrzest, ona przygotowywała rekolekcje z jakimś tam księdzem bodajże z Afryki w Toruniu. Jak nam odpowiedziała - nie mogła tej organizacji przekazać komuś innemu. Zatkało kakało!!!!!!!! No ale nie będziemy się obrażać, wybraliśmy drugą siostrę męża i jest ok. Jednak taka uraza została, bo kiedy trzeciego synia mieliśmy chrzcić, to od razu mąż powiedział, że na chrzestną nie poprosi tejże siostry! Wybór padł na kuzynkę męża, która bez namysłu się zgodziła. 

     Teraz taka inna historia. Kilka lat temu jedna kuzynka męża, która nie ma za dobrej opinii wśród rodziny, miała chrzcić swoje bodajże wtedy drugie dziecko. Chrzest był już zaplanowany i zostało chyba jak dobrze pamiętam 2 tygodnie do chrztu, a tu ojciec chrzestny, którego wybrała - odmówił trzymania jej dziecka do chrztu! Zadzwoniła wtedy do mojego męża i zapytała się czy ON trzymał by jej dziecko do chrztu? Mąż w sumie bez zastanowienia odpowiedział, że tak. No bo kurcze jakoś tak jesteśmy nauczeni, że nie powinno się dziecku odmawiać! Aczkolwiek były osoby, które w tamtym czasie namawiały mego męża by odmówił z różnych powodów, których tu nie chcę przytaczać, ale mąż powiedział, że niech kuzynka jest jaka jest, ale dziecku nie odmówi i będzie trzymał do chrztu! Parę dni później owa kuzynka zadzwoniła do mnie, z pytaniem, czy ja zostałabym matką chrzestną tego jej dzieciątka, bo chrzestna też odmówiła trzymania do chrztu!? No cóż mogłam odpowiedzieć? Zgodziłam się. Na dosłownie 3 lub 4 dni przed samym chrztem dostaliśmy oboje telefon od tejże kuzynki - że jednak z nas rezygnuje, bo ci pierwsi rodzice chrzestni jednak zdecydowali się i to oni będą trzymać dzieciątko do chrztu! Czyli tak jakby zostaliśmy wyrolowani z roli chrzestnych! :) 

     Jak widzicie na moich 2 przykładach, spotkaliśmy się i z odmową trzymania naszego dziecka do chrztu, jak i odmową zostania chrzestnymi o co wcześniej zostaliśmy proszeni! No cóż, jak głoszą pewne mądre słowa  "Nic co ludzkie nie jest mi obce!''  Aczkolwiek nie rozumiem ludzi, którzy odmawiają trzymania dziecka do chrztu! Naprawdę nie rozumiem, takich ludzi. Najczęściej się tłumaczą, że nie chcą trzymać do chrztu dziecka, bo to jest ogromne obciążenie finansowe! Ja tego tak nie widzę! Kiedy mnie poproszono o trzymanie dziecka do chrztu, to czułam się wyróżniona! Czułam szczęście, że będę mamą chrzestną! Dziś mam tylko 1 chrześniaka, na razie, he, he :) Mąż ma 2 chrześniaczki. Na razie nie mamy wspólnego chrześniaka, ale jeszcze wszystko przed nami :) I czasem kiedy widzę się z moim chrześniakiem, to mówię do niego SYNKU! No przecież jest moim synem chrzestnym :) Czyli tak jakby mam 3 swoich synków i 1 chrzestnego, a mąż ma 3 synków i 2 córki chrzestne :)  Nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło - o matko, ile ja będę musiała utopić kasy w tego mojego chrześniaka!!!! Staram się owszem na urodzinki zawsze coś mu kupić, na święta też, ale jakby mnie nie było na to stać, to bym nie kupiła i już! No przecież wszystko z rozumem! Najwyżej, jakby mnie stać nie było, to obdarowałabym go samą czekoladą i myślę, że też by się ucieszył. Mam w rodzinie nawet taki przypadek, kiedy do 3 dzieci rodzice wybrali tego samego ojca chrzestnego! I ten ojciec jakoś daje radę!Nie odmówił z powodów finansowych, bo uważa, że dziecku się nie odmawia!

     Czy Wy też spotkaliście się z odmową trzymania dziecka do chrztu? A może sami odmówiliście z jakichś tam powodów? Kto chętny do podzielenia się swoją historią?

sobota, 12 listopada 2016

Swoja bułka tarta.

     Od małego uczono mnie, że chleb się szanuje! Nie wolno go marnować, wyrzucać a nawet rzucać na podłogę - tak robią dzieci, ale trzeba ich tego oduczać. Dlatego też kiedy moje bąki jedzą chleb i go nie dojedzą, to potem daję resztki pieskowi, który z zadowoleniem zjada smaczne kąski. Jednak zdarza się, że te moje bączki mają apetyt na suchy kawałek chleba, lub na suchą bułkę. I też czasem tego nie dojedzą. A to kawałek czy połowa bułki leży, wyschnie i .... no właśnie i co?



      Zbieram te ich wszystkie kawałki suchego chleba czy bułki, a czasem to i cała bułka zaschnięta się trafi. Bo matka za dużo kupiła, a rodzinka nie dojadła. Trudno. Ale nic się nie zmarnuje! Bo po wyschnięciu ja to wszystko przemielę przez maszynkę i będę miała swoją bułkę tartą! A tak! Swoją bułkę tartą! Bo niby dlaczego mam kupować specjalnie bułkę tartą, jak u mnie tyle tego się uzbiera. Spokojnie raz na dwa miesiące przekręcam trochę tych sucharków na bułkę. I u nas się nic nie marnuje. Wy też zbieracie suche pieczywo i przekręcacie na bułkę? Czy wolicie suchy chlebek dać pieskowi lub ptaszkom?

środa, 9 listopada 2016

Świąteczne prezenty.

     Listopad, a już wszędzie w sklepach są ozdoby świąteczne, słodycze z Mikołajami itp. Zresztą co tu się dziwić, jak w październiku już pierwsze sklepy zaopatrywały się w te wszystkie produkty bożonarodzeniowe. Zawsze mnie to zaskakuje, kiedy jeszcze zostało kilka dni do Wszystkich Świętych i każdy raczej kupuje znicze i ozdoby na groby, a tu już na półkach sklepowych świecą się wszelkie ozdóbki świąteczne i inne pierdółki. 


      Jednak nie o ozdobach świątecznych chciałam pisać. Dziś chciałam słów kilka skreślić do Was na temat prezentów świątecznych. Szukacie prezentów i kupujecie je dopiero na ostatni dzwonek, czyli w grudniu przez samymi świętami? Czy może powoli, powoli już od października lub może i wcześniej zaczynacie myśleć nad prezentami i powoli je kupujecie? 

     Ja osobiście staram się dużo, dużo wcześniej myśleć o prezentach, bo jednak kilka osób mam do obdarowania. Zacznę od małego wyjaśnienia, że od kilku lat z moim rodzeństwem mamy umowę, że sobie - czyli dorosłym prezentów nie kupujemy! Kupujemy prezenty tylko dla dzieci! Oczywiście mąż żonie czy żona mężowi prezent kupić może, ale innym dorosłym nie kupujemy. Bo chyba byśmy zbankrutowali :) I tak wychodzi, że moje dzieci + dzieci mojej siostry + dzieci mojego brata = 8 dzieci. A jeśli zdarzy się, że w święta męża rodzeństwo się zjedzie, to dochodzi nam 5 dzieci jeszcze. Rozumiecie więc powód, dlaczego myślę i zaczynam kupować prezenty już wcześniej!? U mnie wcześniej, to znaczy że gdzieś tak od września/października już podpytuję rodzeństwo - lub same dzieciaczki podpytuję co by chciały dostać pod choinkę?

     I choć podpytuję, to czasem tej odpowiedzi nie dostaję lub słyszę: A NIE WIEM. No i muszę wymyślać i kombinować, a to kurcze nie jest łatwe! Wydawało by się, że dziś w tych sklepach jest tyyyyyyyle tego wszystkiego i taaaaaaki ogromny wybór jest, że człowiek nie powinien mieć kłopotu z wyborem i zakupem prezentu dla dzieci. No i klops!!!!!!!!! Bo problem jest i to wielki! Nie chcę przecież kupić tandety, którą dziecko jeszcze w wieczór wigilijny rozwali, albo co gorsza zrobi sobie owym prezentem krzywdę! Nie chcę też przesadzić z drogim prezentem dla jednego dziecka, bo na prezent dla drugiego mi kasy zabraknie. Wybór książki dla 7 latki też nie jest prosty, bo niby lubi czytać wszystko, ale nie wiem dokładnie co już przeczytała? Ciuchy to w sumie fajny i praktyczny pomysł, o ile dziecko jeszcze wszystko na siebie włoży! Bo jeśli ma już swój gust i okazuje to, to nie założy byle czego. I jeszcze trzeba podpytywać rodziców o rozmiary, bo kicha będzie, jak Gwiazdor przyniesie za małą sukienkę czy za krótkie spodnie! Ehhh... normalnie mózg paruje a ręce opadają od tych prezentów świątecznych! Czy dla Was PREZENTY ŚWIĄTECZNE  to też taki mały Armagedon???

poniedziałek, 31 października 2016

"Charles Street 44" Danielle Steel.

      Szczerze, to kupiłam tę książkę daaaawno temu. Na jakiejś wyprzedaży udało mi się ją za gorsze wyszukać. I choć trochę czasu minęło, zanim wzięłam się za jej przeczytanie, to czytało mi się ją na początku mało ciekawie - wlokła się akcja jak flaki z olejem, ale potem... potem było całkiem ciekawie.


      Tytuł już podpowiada, że większa część akcji toczy się w domu przy Cherles Street 44. Dom do kapitalnego remontu, który główna bohaterka wspólnie ze swoim narzeczonym już zaczęli remontować, aczkolwiek pewne sprawy się pokomplikowały. Francesca i Todd rozchodzą się, remont wstrzymany i co dalej z domem? Podpowiem, że Francesca walczy o dom jak lwica! 

     Na jaki wpadnie pomysł, bo dom zatrzymać i utrzymać? Dlaczego nie jest jeszcze mężatką? Czym się zajmuje i co jest jej zainteresowaniem? Dużo pytań mnoży się - jednak by na nie odpowiedzieć, to musicie książkę przeczytać. Aby trochę Was jeszcze zainteresować tą książką dodam, że są wątki romantyczne, jest też i morderstwo, jest i happy end. Czyli wszystko to co lubię w książkach :) Miłego czytania.

czwartek, 20 października 2016

Jogurty Naturalne z dodatkami Zott Primo.

      Któż z nas nie lubi jogurtów? No ja osobiście takiej osoby nie znam. Każdy lubi przekąsić małe co nie co :) Jogurty są różne, różniaste - owocowe, z kawałkami owoców lub bez, z płatkami, z musli lub czyste - naturalne. Co kto lubi i co woli. Dziś chcę Wam pokazać jogurty naturalne z dodatkami Zott Primo. 



      Tym razem TRND i ZOTT dały mi możliwość przetestowania jogurcików naturalnych z dodatkami. Te jogurty, to nowość na rynku od Zott. Dostępne są one w 8 smakach:
- 4 owocowych (soczysta wiśnia, słodka jagoda, rajska brzoskwinia i słoneczna truskawka),
- 4 musli (musli czekolada banan, musli tropikalne, musli orzechowe i chrupiące miodowe musli). 
Super dodatkiem były 3 torby ekologiczne ( 1 dla mnie i 2 do rozdania) + oczywiście liścik do mnie i przewodnik i zeszyt do opinii. 



      Do tej pory udało mi się zakupić 4 smaki owocowe i 2 z 4 musli. Jakoś dwóch pozostałych musli, czyli tych tropikalnych i orzechowych jeszcze nie trafiłam u siebie w sklepach. Ale dalej szukam. 

     Ogólnie to ja i moja familia uwielbiamy jogurty. Zazwyczaj kupujemy owocowe jogurty, raczej mało kiedy naturalne. Częściej latem zdarzy się, że kupuję duże naturalne i miksuję ze swoimi truskawkami, zebranymi jagodami czy z innymi owocami. Ale chętnie smakowaliśmy każdy zakupiony jogurcik od Zott. I tak jak dzieciom mega owocowe smakowały, bo po wymieszaniu jogurtu z musem owocowym jogurcik robił się słodki i smakował mega dzieciakom. Tak już jak spróbowali 2 smaków z musli, to usłyszałam - blllleeee, w ogóle słodki ten jogurt nie jest! I nie chcieli nawet dojeść rozpoczętych jogurtów. Mi osobiście takie jogurty naturalne z musli nawet smakują. Bo te musli są trochę słodkie i jedząc z naturalnym jogurtem wspaniale współgrają i smakują. Więc kiedy mam ochotę na jogurcik, ale niekoniecznie na taki co to ilością cukru słonia powali, to z chęcią sięgam do lodówki po jogurt Naturalny z dodatkami od Zott Primo. Zresztą nie tylko ja, bo mąż też, no i nasza najmłodsza pociecha też je lubi :)



     Kto z Was już ich próbował? Jakie zdanie na ich temat macie?

poniedziałek, 10 października 2016

Doświadczenia na przyrodę.

     Mój pierworodny w IV klasie ma teraz przyrodę. Na szczęście ten przedmiot, tak jak matma czy w-f mu podpasował. Lubi uczyć się o przyrodzie, dowiadywać się jakichś ciekawostek, które po przyjściu ze szkoły opowiada mamie czy tacie. Lubi też ten przedmiot za możliwości robienia doświadczeń czy nawet za możliwość podglądania małych rzeczy pod mikroskopem. No i tu już pojawiła się prośba do Gwiazdora aby pod choinkę mikroskop dostać :) 

     Ale wracając do doświadczeń. Przyszedł razu pewnego ze szkoły z wiadomością, że robi doświadczenie. I padły takie słowa: MAMO JA NAZRYWAM KWIATKI A TY MI TUSZE LUB ATRAMENTY W RÓŻNYCH KOLORACH ZAŁATW!!! Hmmm... No i kto ma to doświadczenie zrobić? Chyba jednak będziemy robić je wspólnie, tak pomyślałam. Ja wyszukałam wkłady do pióra niebieskie. No i wlałam ten atrament do słoiczka, dolałam trochę wody i synio miał zerwane białe margaretki, białe mieczyki i białe dalie. Po jednym kwiecie włożył do słoiczka z niebieskim atramentem. A po taty powrocie z pracy okazało się, że w domu mieliśmy jeszcze czarny i zielony atrament. To i w tych kolorkach kwiatki synio zamoczył. Wiecie jak ładnie zaciągały kolorki od tych atramentów? Normalnie super to wyglądało. Najpierw takie pojedyńcze żyłki się zabarwiały, potem coraz więcej i więcej ich było :) Szkoda, że tak późno wpadłam na pomysł by je sfotografować. Bo udało mi się tylko te z zielonym tuszem pstryknąć. Ale efekt możecie i tak zobaczyć :)


      Drugie doświadczenie jakie robił synio, to było z rzeżuchą. Musiał wysiać rzeżuchę na 2 talerzykach i kiedy już cała wyrosła, to jedną rzeżuchę trzeba było zakryć folią aluminiową, aby światła nie dostała. I po 3 dniach można było zobaczyć jak ta, co była odkryta wyrosła piękna zielona, a ta zakryta była koloru wyblakłego zielonego. Widać w misce, jak razem je włożyłam, to różnica od razu widoczna :)


     Najbardziej się cieszę, że synio sam z chęcią się garnie do tych doświadczeń. Ciekawe co jeszcze będzie robił na przyrodę? :)

czwartek, 6 października 2016

Czy to możliwe aby któreś zęby dziecku nie wyrosły nigdy???

     Kiedy ja chodziłam do podstawówki, to w szkole pracował dentysta, do którego dzieci chodziły i za darmo leczyły zęby. Dziś w szkołach tego luksusu doświadczać mogą nieliczni - a szkoda! 

    Ja z moimi dziećmi staram się chodzić do dentysty na NFZ, choć zdarza się, że chodzę i prywatnie. Mieli już nie raz plombowane zęby czy wyrywane - choć z  tym wyrywaniem dentyści wolą czekać, aż ząbek mleczny sam wypadnie. Co się tyczy plombowania mleczaków, spotkałam już i takich dentystów, co chętnie leczyli mleczaki, a także i takich, co odradzali leczenia mleczaków, bo po co to robić, skoro i tak muszą wypaść! 

     Dosyć pilnuję synków, aby co te pół roku pójść do dentysty i zbadać sprawę - czy coś jest do zrobienia jest czy też mamy spokój na kolejne pół roku. Bardzo więc byłam zaskoczona, kiedy będąc z synkami w marcu tego roku na kontroli, pani dentystka powiedziała, że mojemu 9-ciolatkowi powinny niedługo wypaść mleczne dwójki, ale ona na razie nie widzi, ani żeby mleczaki się ruszały, ani, żeby stałe dwójki mu już szły! I dodała, że możliwe iż wcale mu one nie wyjdą! Byłam w szoku! No jak to tak możliwe???? Dopytywałam, ale dentystka mnie uspokoiła, że wizytę umawia nam od razu na za pół roku i jeśli do tego czasu nic tu się nie pojawi, to zrobimy mu prześwietlenie i zbadamy sprawę czy zawiązki zębów w ogóle tam są. 

     Lekko poirytowana wróciłam do domu. No cóż, ok. Te pół roku damy radę. Aczkolwiek w między czasie to ja musiałam się umówić do dentysty ze sobą, bo miałam jedną ósemkę do wyrwania. Zwlekałam z nią i tak ponad pół roku. W końcu umówiłam się do chirurga stomatologicznego na NFZ no taką wizytę, na której pan chirurg miał obejrzeć prześwietlenie moich zębolów  i wyznaczyć mi termin na wyrwanie tej ósemki. Na wizycie chirurg powiedział, że tu żadnych komplikacji nie widzi i jeśli chcę, to zamiast wyznaczać mi termin na za 2 m-ce, to może mi od razu tego zęba wyrwać. Wiecie co zrobiłam? Ucieszyłam się ogromnie, no i dałam od razu wyrwać zęba i z głowy!!! A raczej i z buzi :) Hi, hi :) Przy okazji podpytałam chirurga czy to możliwe, aby mojemu 9-cioletniemu synkowi miały nigdy nie wyrosnąć stałe dwójki górne??? Odpowiedział, że tak. Chociaż może jeszcze mu wyrosną. Dopytał czy regularnie chodzę z nim do dentysty? Odpowiedziałam, że tak. No i odpowiedział mi, że w takim wypadku już jestem 2 lata do tyłu! Bo z synem powinnam w tej sprawie działać już 2 lata temu, a teraz to już trochę późno. No w sensie, że da się z tym jeszcze coś zrobić, tylko miałam działać w tym kierunku szybciej! A w pierwszej kolejności mam się z nim udać do ortodonty!

      Ten to dopiero dał mi do myślenia! Byłam zła, wkurzona, poirytowana i czułam wielką nie moc! Zaczęłam robić sobie wyrzuty, że to moja wina, choć z drugiej strony tłumaczyłam sobie, że dentystą nie jestem i się na tym nie znam! A chodzimy regularnie do dentysty i to dentysta powinien wiedzieć czy robić prześwietlenie, czy działać jakoś w tym kierunku i czy robić to już teraz zaraz, czy może mamy jeszcze na to czas! Zaczęłam od razu dowiadywać się o ortodoncie - czy u nas w mieście taki fachowiec jest, czy jest na NFZ czy tylko prywatnie oraz jakie terminy są do ortodonty? Tu dłuuugie terminy i tam ciężko się dostać, wszędzie tylko prywatnie, aż w końcu wyczaiłam w mieście jedną ortodontkę na NFZ. Zadzwoniłam i dopytałam się jakie do niej terminy są? Zaskoczyła mnie mówiąc, że muszę załatwić synowi skierowanie do niej od lekarza rodzinnego lub od stomatologa i po prostu przyjść w godzinach jej pracy. Zaraz na drugi dzień jechałam do pediatry by wystawił skierowanie do ortodonty, a potem sprawdziłam godziny pracy pani ortodontki, aby wybrać się do niej najlepiej po szkole syna. W odpowiedni dzień, po szkole zabrałam syna i pojechaliśmy do ortodonty. Spodziewałam się tłumów przed gabinetem, ale były tylko 2 osoby przed nami. Poszło szybko a pani ortodontka miła, przyjemna i wydaje mi się, że rzeczowa. Na początek kiedy jej wyjaśniłam swoje obawy, uspokoiła mnie, że nie mam siać paniki, bo nawet jeżeli by 2 miały mu nie wyrosnąć, to nie jest to powód do paniki! Powiedziała, że obecnie dzieci tego nowego pokolenia coraz częściej mają takie przypadłości. Ona leczy w tej chwili już kilkadziesiąt dzieci z niewyrastającymi 2! Przypomniała z lekcji biologii, że chłopcy dojrzewają później od dziewcząt i czasem chłopcom później wyrastają zęby, ale może być i tak, że u mojego syna one nie wyrosną.

       Na chwilę obecną mamy: chodzić dalej normalnie na wizyty do dentysty, nie dać wyrwać żadnego zęba z przodu, leczyć mleczaków też nie mamy-nie musimy, jeśli ząb będzie bolał, to dentysta ma go tylko rozwiercić i zostawić, poza tym normalnie ma dbać o higienę zębów i na kontrolę do niej mamy przyjść za 10-12 miesięcy. 

     No wiecie - niby kobieta mnie uspokoiła, wszystko objaśniła. Wiem już, że w razie jakby mu te 2 miały nie wyjść, to jak wyjdą mu stałe trójki i czwórki, to mają zepchnąć się na miejsce tych niewyrosłych dwójek. No ale jakoś tak nie umiem tego sobie wyobrazić!!! Była bym zadowolona, gdyby mu jednak te pieruńskie dwójki same wyszły! A! Prześwietlać go na razie nie będziemy, bo ortodontka powiedziała, że to nie ma sensu dziecko naświetlać teraz - poczekajmy do przyszłego roku! I bądź tu mamo/tato mądra/mądry! Każdy gada inaczej, każe robić co innego i rodzic głupieje od tego wszystkiego!!! Mam jeszcze do Was pytanko - spotkaliście się z kimś takim, komu dwójki nie wyrosły w ogóle??? I co z tym te osoby robiły??? 

czwartek, 29 września 2016

Pełne torby podarków.

     Przesympatyczne spotkanie w Hotelu Unitral już Wam opisałam tutaj. Dziś chcę Wam pokazać cudowności, które stamtąd przywiozłam.



       Jak widzicie na plakacie, sponsorów Monice i Milenie udało się zdobyć bardzo wielu! I pozwólcie, że przedstawię ich tu teraz :)
Smart Eco WahsSensusKatarzyna TargoszLoopsyLandPark CaffePompony Tiulowe EmamoA-Derma - naturalnie zdrowa skóra, Ducray Polska ArtofisArtepoint.plKatarzyna SokółMielnoZiołolekTopgalMedical SPA Unitral w MielnieMarie ZelieUniGelWłos poleca WAX PilomaxLukrecja.Pierniki na każdą okazjęSamodobroGardenPharm - Siłami NaturyLashVolutionSocatots KoszalinHanami i Magdalena Tomaszewska - Bolałek, Vifon PolskaAmbasada PieknaUrkyeProsty blog, Anna Mularczyk-Meyer, Sylveco - naturalne kosmetykiesse torby&drukesse drukarniaMalinova AnielovaNu visionLexie's ArtSangotradeTowary NiezwykłePatuniTWIN CapsLady Comp PolskaWydawnictwo NIKONovae Res - Wydawnictwo InnowacyjneResiboAgnieszka KalugaZorkowniaWydawnictwo OficynkaWydawnictwo LingoKamilBąbel.plAnna SakowiczWydawnictwo Szara Godzina

      Uffff... chyba wszystkich darczyńców wymieniłam. A patronat nad naszym spotkaniem objęli:
MielnoKoszalin pełnia życiaHappyKoszalin.plMądrzy RodziceMamo Pracuj, Blogi Mam http://www.blogimam.pl/CzasDzieci.plsosrodzice.pl


     
       Wychodząc z Hotelu cieszyłam się bardzo, że mam ze sobą męża i synków, bo pomogli mi te torby z giftami zanieść do samochodu :) 



    


      Przyjrzyjcie się jakie urocze muszki dla moich 3 mężczyzn dostałam od Moniki z  Konfabula. :* 






      Wiecie co pierwsze zniknęło mi z paczek? Karty do gry od Vifon Polska (swoją drogą szkoda, że żadnej zupki nie dostałam, ale miseczkę swoją mam - dzięki) i zeszyty od Socatots Koszalin ( już kombinuję, żeby w jakiś weekend z chłopakami ruszyć na trening). Chłopcy od razu tym się zaopiekowali, a resztę o dziwo mamie zostawili. Więc mogłam potem wszystko sprawiedliwie rozdzielić między synów i mnie. Poszkodowany został jedynie mąż, któremu w sumie nic nie przypadło, więc podarowałam mu TWIN Caps. A co tam, niech też ma coś dla siebie :) Mi teraz pozostaje popróbować, potestować małe co nie co, no i w późniejszym czasie Wam tu opisać co mi się spodobało, a  co nie.  Obiecałam w poprzednim wpisie, że pokażę Wam, co też ciekawego wylicytowałam wspierając Hospicjum dziecięce

      Od Pompony Tiulowe Emamo takie pomponiki słodkie.


      I od LoopsyLand cudną lalkę.


      Wiem, wiem, co powiecie - MA SAMYCH CHŁOPCÓW A DZIEWCZĘCE UPOMINKI WYLICYTOWAŁA. No tak, tak się przytrafiło. Choć kto był na spotkaniu, to wie, że akurat w licytacji prawie wszystkie gifty były dla dziewczynek. A że chciałam wspomóc Hospicjum, to skusiłam się na dziewczęce podarki i nie martwicie się - będę miała komu je podarować :) Choć średni synek namawiał mnie, bym sobie zostawiła lalkę, bo przecież jedyną dziewczyną w domu jestem i podobno swoją lalkę powinnam mieć ;) 

      

piątek, 23 września 2016

Może nad Morze? A może spotkanie w Mielnie?!

     10 września 2016 roku, z całą rodzinką pojechałam na Może nad morze? - Spotkanie blogujących mam w Koszalinie - ale do Mielna! Tak, spotkanie odbyło się w Milenie, a dokładnie w Hotelu Medical SPA Unitral



      Nasz event organizowały w tym roku Milena z bloga Cytryniaki oraz Monika z bloga Konfabula. Kiedy dotarłam z rodzinką na 4 piętro, gdzie odbywało się spotkanie, na wejściu poza znanymi mi już twarzami, pojawiły się nowe, które też z chęcią poznawałam i starałam się zapamiętać. Ale rzuciło mi się w oczy jeszcze coś - mianowicie przygotowane przez Hotel Unitral przekąski, ciasteczka i napoje. 



      A wchodząc już do sali, w której odbywał się nasz babski zlot, najpierw odłożyłam podarki dla Hospicjum dziecięcego, to był nasz taki wkład w pomoc dla dzieci, ale później odbyła się jeszcze licytacja bardzo ciekawych podarków - dodam nieskromnie, że też coś tam wylicytowałam i swoją cegiełkę dorzuciłam!



       Następnie każda z uczestniczek miała przywieźć 2-3 książki na taką naszą wymiankę.


      A potem to już można było miejsce zająć, ewentualnie donieść sobie coś do picia czy przekąszenia i grzecznie wysłuchać wykładów. I jak widać na zdjęciu powyżej, nasza sala sąsiadowała z małą salką zabaw dla dzieci - z takim małpim gajem. Tam dzieciaki mogły się wyszaleć choć troszkę, kiedy matule wysłuchiwały ciekawych wykładów. Pierwszy wykład rozpoczęła Agata Ossowska z serwisu HappyKoszalin.pl. Agata jest dziennikarką więc wie, jak pozyskiwać inspiracje do tworzenia nowych tekstów, ale też jakich narzędzi w necie użyć aby sobie w tym pomóc. Przyznam się szczerze, że z tego wykładu wielu nowych rzeczy się dowiedziałam.


       Drugi wykład poprowadziła Agnieszka Marczak Mama Time Coaching. Oj uwierz, że cieszyłam się na spotkanie z Tobą :) Mogłam teraz i ja poznać Twojego synka :) Mój najmłodszy trochę się zmienił, znaczy urósł i fajnie było powspominać ubiegłoroczne nasze spotkanie :) Koniec z prywatą, a wracając do tematu, to Agnieszka tym razem opowiedziała nam o podzielności uwagi - i tak dalej twierdzę, że kobiety mają większą podzielność uwagi od mężczyzn!, poza tym o motywacji w podejmowaniu codziennych wyzwań czy skąd mamy czerpać siłę do zrealizowania naszych marzeń. 



      No i ostatni wykład, na który baaaardzo czekałam, poprowadziła Magda Mokracka z bloga Ona jedna a ich dwóch, która zajmuje się też fotografowaniem zawodowo Magdalena Mokracka Fotografia. Dlaczego tak czekałam na ten wykład? A no dlatego, że nie mogłam się doczekać, aż nasza pani fotograf zdradzi nam kilka cennych uwag dotyczących robienia zdjęć dzieciom, rodzinie czy żywności. Podała kilka trików, które zapamiętałam - czy je kiedyś wykorzystam, może, może... na pewno tak;) Jedno wiem na pewno, że w przyszłości muszę zmienić aparat, bo nasz ma już swoje latka. Ale to kiedyś, kiedyś :) 


      Zaplanowany był też obiad. Wiecie, uwielbiam takie miejsca, w których można sobie samemu nałożyć jedzonko jakie się chce, z dodatkami jakimi się lubi lub z takimi które ma się ochotę wypróbować i dlatego Hotel Unitral ma u nas wielkiego plusa. Choć moi synkowie czuli się najedzeni, tym bardziej, że byli wcześniej z tatą, innymi dziećmi i z panią opiekunką na spacerze, i tato fundował lody. Więc nie mieli ochoty potem na obiadek. Aczkolwiek mężu i ja z ogromną ochotą zjedliśmy i pyszne mięsko ( mężu kurczaka po hawajsku a ja miałam też kurczaka ale w sosie z warzywkami), pyszne dodatki ( mężowi zasmakowały warzywka duszone a mi świeże suróweczki) i do tego na deserek galaretka! No pycha! Objedliśmy się strasznie! A galaretkę to nawet najmłodszy synio wcinał aż uszy mu się trzęsły :) W ogóle podobało mi się to, że wszyscy z obsługi Hotelu uśmiechali się do nas, witali miło, jak i później żegnali miło. Czuć bardzo miłą i sympatyczną atmosferę w tym Hotelu. Ponadto dostałyśmy Vouchery na skorzystanie z basenu solankowego i całego kompleksu SPA w klimacie Morza Martwego. Nie miałam możliwości skorzystać, żałuję bardzo, aczkolwiek jeszcze mam nadzieję kiedyś tam wrócić i skorzystać z choćby jednej dobroci tego SPA! A tym razem byliśmy pożyczonym autkiem i czas nam nie pozwolił wykorzystać Vouchera. Ale co się odwlecze, to nie uciecze! 

      Był też i czas na tę naszą wymiankę książkową, na trochę luźnych pogaduszek - choć na to uważam że znów było go za mało :) 




      Widać, że książki wzięcie miały. Ale jakże mogło być inaczej, skoro książki podarowały nam: OficynkaAnna SakowiczNovae ResLingoSzara Godzina oraz Kamil Bąbel. No i była licytacja, o której już też wcześniej wspomniałam - licytowałyśmy takie cudności na rzecz Hospicjum dziecięcego.




       Co też ciekawego ja wylicytowałam? To pokażę w następnym wpisie :)  A na koniec wspomnę, że Park Caffe, w którym to odbyło się ubiegłoroczne nasze spotkanie, przygotował dla nas mega smaczny tort! Moi synkowie oczywiście nie odmówili zjedzenia kawałka, a nawet i dwóch, no bo takie torty to oni uwielbiają i boleją bardzo, że matka sama takich upiec nie umie :) 


       Ach jakże szybko czas nam upłynął w Milnie! Moim skromnym zdaniem Hotel Unitral stanął na wysokości zadania, by nas ugościć i dać nam możliwość spotkania się w większym gronie, razem z dziećmi i mężami, wyszli nam na przeciw z propozycjami skorzystania z dobrodziejstw mieszczących się w Hotelu - chodzi o SPA, o pyszny posiłek, o salkę zabaw. A jeszcze podarowali nam gifty, za które dziękujemy :)


       Wielka szkoda, że nie dojechały wszystkie uczestniczki. No cóż, mało brakowało i gdyby nie dobry nasz sąsiad, który autko swe nam pożyczył, to i nas by zabrakło. Ale jednak nam się udało szczęśliwie dojechać i wziąć udział w tym super spotkaniu! Organizatorki Milena i Monika spisały się na medal!!! I cieszę się ze spotkania z wszystkimi kobitkami, które dotarły na spotkanie - miło było się spotkać, choć trochę pogawędzić, wymienić poglądy czy choćby poplotkować, jak to się zmieniłyśmy od ubiegłego roku. Nam na koniec jeszcze udało się przejść nad morze, trochę powariować na plaży i w morzu też :)










       
  Zdjęcia część moja własna a część Magdy Mokrackiej.