czwartek, 24 listopada 2016

"ALVETHOR. Białe Miejsce" Magdalena Kałużyńska.

     Książkę tę wybrałam sobie sama na spotkaniu Może nad morze - Spotkanie blogujących mam w Koszalinie. Zaciekawiła mnie okładka. Lubię horrory, kryminały, książki w których czasem leje się krew. Tego typu książki pobudzają inaczej mój mózg.


''ALVETHOR.BIAŁE MIEJSCE.''
Magdalena Kałużyńska




     Kilka dni temu wzięłam się w końcu za tę książkę. I wiecie co, sama nie wiem co mam myśleć o niej?!. Nie wiem jak Wam ją tu przedstawić! Jak o niej napisać! 

     Zaczyna się dosyć dziwnie, aczkolwiek ciekawie. Jak to w kryminale czy horrorze bywa, jest wątek zagadki, jest wątek morderstwa, no po prostu dzieje się. Później poznajemy pewnego fryzjera. Który chcąc nie chcąc zostaje rekrutem. Ale jakim rekrutem zapytacie? Hm... rekrutem, który ma pewne zadanie i je wykonuje. Jaką za to płaci karę? Lub inaczej, co się potem z nim dzieje? No ale nie będę Wam tu wszystkiego opowiadała, bo poznajemy później pewną panią pułkownik, z którą też wydarzy się coś ciekawego i dziwnego zarazem. Będzie też kolejny rekrut w książce przedstawiony, tym razem w damskiej postaci.No i pani generał też tutaj się pojawi, która ma pewną fobię, aczkolwiek to pewnie dzięki niej została wybrana na swoje stanowisko. 

     Ogólnie to czym bardziej zagłębiałam się w tej książce, tym bardziej najpierw nie rozumiałam pewnych rzeczy i zdarzeń, które w dalszej części zaczęły się tam jakoś wyjaśniać, klarować i łączyć w całość.  Choć nie do końca. Denerwowały mnie trochę tak częste w tej książce zwroty:
KWANTYFIKACJA TEZY. NIEPRAWIDŁOWA FORMUŁA KWESTIONUJĄCA. INFORMACJA ŹRÓDŁOWA.  No ale poniekąd sens tych słów zrozumiałam podczas czytania. Mam jednak niedosyt - koniec książki brzmi pytająco: CO TERAZ? Czyli tak jakby nie ma sensownego zakończenia. Z drugiej strony dlaczego miało by być?! W całej książce można tak poluzować wodze fantazji w wyobrażeniu postaci, tych dziwnych postaci, że nawet i książka może zakończyć się dziwnie. 

     No dobra. Ja ją przeczytałam i jeśli macie mocne nerwy i lubicie takie książki, gdzie krew leje się strumieniami - nie w całej książce ale w pewnych momentach, to sięgnijcie po tę książkę i przeczytajcie. Ja natomiast z chęcią sięgnę jeszcze po książki pani Magdaleny Kałużyńskiej. Bo ciekawi mnie, czy wszystkie książki kończy z takim niedopowiedzeniem. 

wtorek, 15 listopada 2016

Trzymać dziecko do chrztu? Czy może odmówić?!

     Kiedy rodzi się dziecko, a rodzice są katolikami, to myślą od razu o chrzcie i o wybraniu chrzestnych rodziców. Czasem o tych rodzicach chrzestnych myśli się nawet jak jeszcze dzieciątko w brzuszku jest. Przynajmniej ja z mężem myśleliśmy nad wyborem chrzestnych jeszcze kiedy moi chłopcy byli w moim brzuchu! 



     Nie powiem jakimi kategoriami kierowali się moi rodzice w wyborze chrzestnych dla mnie czy dla mojego rodzeństwa, nie wypowiem się również czym kierowali się moi teście w wyborze takich chrzestnych a nie innych dla każdego ze swoich dzieci. Ale jako że każdy miał rodzeństwo, to wybierali kogoś z rodzeństwa. Czasem wybierali małżeństwo, a czasem tu brata, a tu siostrę, itp. 

     Kiedy my z mężem wybieraliśmy chrzestnych dla każdego z naszych dzieci po kolei, to wbrew wszystkiemu poszło nam dobrze i bez kłótni. Każde z nas ma trochę rodzeństwa, więc było w kim wybierać. Aczkolwiek mega mnie zaskoczył i nawet zezłościł troszkę fakt, kiedy do drugiego synka poprosiliśmy jedną z sióstr męża, aby została chrzestną - a ta odmówiła! Dlaczego? Bo w tym czasie, kiedy miał być chrzest, ona przygotowywała rekolekcje z jakimś tam księdzem bodajże z Afryki w Toruniu. Jak nam odpowiedziała - nie mogła tej organizacji przekazać komuś innemu. Zatkało kakało!!!!!!!! No ale nie będziemy się obrażać, wybraliśmy drugą siostrę męża i jest ok. Jednak taka uraza została, bo kiedy trzeciego synia mieliśmy chrzcić, to od razu mąż powiedział, że na chrzestną nie poprosi tejże siostry! Wybór padł na kuzynkę męża, która bez namysłu się zgodziła. 

     Teraz taka inna historia. Kilka lat temu jedna kuzynka męża, która nie ma za dobrej opinii wśród rodziny, miała chrzcić swoje bodajże wtedy drugie dziecko. Chrzest był już zaplanowany i zostało chyba jak dobrze pamiętam 2 tygodnie do chrztu, a tu ojciec chrzestny, którego wybrała - odmówił trzymania jej dziecka do chrztu! Zadzwoniła wtedy do mojego męża i zapytała się czy ON trzymał by jej dziecko do chrztu? Mąż w sumie bez zastanowienia odpowiedział, że tak. No bo kurcze jakoś tak jesteśmy nauczeni, że nie powinno się dziecku odmawiać! Aczkolwiek były osoby, które w tamtym czasie namawiały mego męża by odmówił z różnych powodów, których tu nie chcę przytaczać, ale mąż powiedział, że niech kuzynka jest jaka jest, ale dziecku nie odmówi i będzie trzymał do chrztu! Parę dni później owa kuzynka zadzwoniła do mnie, z pytaniem, czy ja zostałabym matką chrzestną tego jej dzieciątka, bo chrzestna też odmówiła trzymania do chrztu!? No cóż mogłam odpowiedzieć? Zgodziłam się. Na dosłownie 3 lub 4 dni przed samym chrztem dostaliśmy oboje telefon od tejże kuzynki - że jednak z nas rezygnuje, bo ci pierwsi rodzice chrzestni jednak zdecydowali się i to oni będą trzymać dzieciątko do chrztu! Czyli tak jakby zostaliśmy wyrolowani z roli chrzestnych! :) 

     Jak widzicie na moich 2 przykładach, spotkaliśmy się i z odmową trzymania naszego dziecka do chrztu, jak i odmową zostania chrzestnymi o co wcześniej zostaliśmy proszeni! No cóż, jak głoszą pewne mądre słowa  "Nic co ludzkie nie jest mi obce!''  Aczkolwiek nie rozumiem ludzi, którzy odmawiają trzymania dziecka do chrztu! Naprawdę nie rozumiem, takich ludzi. Najczęściej się tłumaczą, że nie chcą trzymać do chrztu dziecka, bo to jest ogromne obciążenie finansowe! Ja tego tak nie widzę! Kiedy mnie poproszono o trzymanie dziecka do chrztu, to czułam się wyróżniona! Czułam szczęście, że będę mamą chrzestną! Dziś mam tylko 1 chrześniaka, na razie, he, he :) Mąż ma 2 chrześniaczki. Na razie nie mamy wspólnego chrześniaka, ale jeszcze wszystko przed nami :) I czasem kiedy widzę się z moim chrześniakiem, to mówię do niego SYNKU! No przecież jest moim synem chrzestnym :) Czyli tak jakby mam 3 swoich synków i 1 chrzestnego, a mąż ma 3 synków i 2 córki chrzestne :)  Nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło - o matko, ile ja będę musiała utopić kasy w tego mojego chrześniaka!!!! Staram się owszem na urodzinki zawsze coś mu kupić, na święta też, ale jakby mnie nie było na to stać, to bym nie kupiła i już! No przecież wszystko z rozumem! Najwyżej, jakby mnie stać nie było, to obdarowałabym go samą czekoladą i myślę, że też by się ucieszył. Mam w rodzinie nawet taki przypadek, kiedy do 3 dzieci rodzice wybrali tego samego ojca chrzestnego! I ten ojciec jakoś daje radę!Nie odmówił z powodów finansowych, bo uważa, że dziecku się nie odmawia!

     Czy Wy też spotkaliście się z odmową trzymania dziecka do chrztu? A może sami odmówiliście z jakichś tam powodów? Kto chętny do podzielenia się swoją historią?

sobota, 12 listopada 2016

Swoja bułka tarta.

     Od małego uczono mnie, że chleb się szanuje! Nie wolno go marnować, wyrzucać a nawet rzucać na podłogę - tak robią dzieci, ale trzeba ich tego oduczać. Dlatego też kiedy moje bąki jedzą chleb i go nie dojedzą, to potem daję resztki pieskowi, który z zadowoleniem zjada smaczne kąski. Jednak zdarza się, że te moje bączki mają apetyt na suchy kawałek chleba, lub na suchą bułkę. I też czasem tego nie dojedzą. A to kawałek czy połowa bułki leży, wyschnie i .... no właśnie i co?



      Zbieram te ich wszystkie kawałki suchego chleba czy bułki, a czasem to i cała bułka zaschnięta się trafi. Bo matka za dużo kupiła, a rodzinka nie dojadła. Trudno. Ale nic się nie zmarnuje! Bo po wyschnięciu ja to wszystko przemielę przez maszynkę i będę miała swoją bułkę tartą! A tak! Swoją bułkę tartą! Bo niby dlaczego mam kupować specjalnie bułkę tartą, jak u mnie tyle tego się uzbiera. Spokojnie raz na dwa miesiące przekręcam trochę tych sucharków na bułkę. I u nas się nic nie marnuje. Wy też zbieracie suche pieczywo i przekręcacie na bułkę? Czy wolicie suchy chlebek dać pieskowi lub ptaszkom?

środa, 9 listopada 2016

Świąteczne prezenty.

     Listopad, a już wszędzie w sklepach są ozdoby świąteczne, słodycze z Mikołajami itp. Zresztą co tu się dziwić, jak w październiku już pierwsze sklepy zaopatrywały się w te wszystkie produkty bożonarodzeniowe. Zawsze mnie to zaskakuje, kiedy jeszcze zostało kilka dni do Wszystkich Świętych i każdy raczej kupuje znicze i ozdoby na groby, a tu już na półkach sklepowych świecą się wszelkie ozdóbki świąteczne i inne pierdółki. 


      Jednak nie o ozdobach świątecznych chciałam pisać. Dziś chciałam słów kilka skreślić do Was na temat prezentów świątecznych. Szukacie prezentów i kupujecie je dopiero na ostatni dzwonek, czyli w grudniu przez samymi świętami? Czy może powoli, powoli już od października lub może i wcześniej zaczynacie myśleć nad prezentami i powoli je kupujecie? 

     Ja osobiście staram się dużo, dużo wcześniej myśleć o prezentach, bo jednak kilka osób mam do obdarowania. Zacznę od małego wyjaśnienia, że od kilku lat z moim rodzeństwem mamy umowę, że sobie - czyli dorosłym prezentów nie kupujemy! Kupujemy prezenty tylko dla dzieci! Oczywiście mąż żonie czy żona mężowi prezent kupić może, ale innym dorosłym nie kupujemy. Bo chyba byśmy zbankrutowali :) I tak wychodzi, że moje dzieci + dzieci mojej siostry + dzieci mojego brata = 8 dzieci. A jeśli zdarzy się, że w święta męża rodzeństwo się zjedzie, to dochodzi nam 5 dzieci jeszcze. Rozumiecie więc powód, dlaczego myślę i zaczynam kupować prezenty już wcześniej!? U mnie wcześniej, to znaczy że gdzieś tak od września/października już podpytuję rodzeństwo - lub same dzieciaczki podpytuję co by chciały dostać pod choinkę?

     I choć podpytuję, to czasem tej odpowiedzi nie dostaję lub słyszę: A NIE WIEM. No i muszę wymyślać i kombinować, a to kurcze nie jest łatwe! Wydawało by się, że dziś w tych sklepach jest tyyyyyyyle tego wszystkiego i taaaaaaki ogromny wybór jest, że człowiek nie powinien mieć kłopotu z wyborem i zakupem prezentu dla dzieci. No i klops!!!!!!!!! Bo problem jest i to wielki! Nie chcę przecież kupić tandety, którą dziecko jeszcze w wieczór wigilijny rozwali, albo co gorsza zrobi sobie owym prezentem krzywdę! Nie chcę też przesadzić z drogim prezentem dla jednego dziecka, bo na prezent dla drugiego mi kasy zabraknie. Wybór książki dla 7 latki też nie jest prosty, bo niby lubi czytać wszystko, ale nie wiem dokładnie co już przeczytała? Ciuchy to w sumie fajny i praktyczny pomysł, o ile dziecko jeszcze wszystko na siebie włoży! Bo jeśli ma już swój gust i okazuje to, to nie założy byle czego. I jeszcze trzeba podpytywać rodziców o rozmiary, bo kicha będzie, jak Gwiazdor przyniesie za małą sukienkę czy za krótkie spodnie! Ehhh... normalnie mózg paruje a ręce opadają od tych prezentów świątecznych! Czy dla Was PREZENTY ŚWIĄTECZNE  to też taki mały Armagedon???